Tajemnica Askiru #3: Oko pustyni - Richard Schwartz

poniedziałek, 19 sierpnia 2019

Tajemnica Askiru to seria, którą bardzo, bardzo lubię. Jednak dopiero niedawno znalazłam czas, by przeczytać kolejny tom. Czy podobał mi się tak samo jak poprzednie? Może mniej, a może bardziej?



Tytuł: Oko pustyni
Autor: Richard Schwartz
Tłumaczenie: Agnieszka Hofmann
Seria: Tajemnica Askiru
Wydawnictwo: Initium
Liczba stron: 413
Poprzednia część: Drugi legion
Następna część: Pierwszy róg
Przeczytam tyle ile mam wzrostu: 3 cm

"W poszukiwaniu sojuszników w walce z niszczycielskim Thalakiem wojownik Havald, pół-elfka Leandra, mroczna elfka Zokora i pozostali członkowie drużyny trafiają do pustynnego Besarajnu. Są zmuszeni zostać tu dłużej, by uwolnić Leandrę z rąk handlarzy niewolników. Wpadają przy tym w wir walki o tron, która wstrząsa Gasalabadem, stolicą monarchii. Niebagatelną rolę odegra w niej magiczny artefakt − Oko Gasalabadu, a Havaldowi i jego towarzyszom przyjdzie się zmierzyć z politycznymi intrygami, knowaniami zamachowców, mroczną magią nekromantów i… ze sługą Arminem, któremu nie zamykają się usta." [lubimyczytać.pl]

W pierwszym tomie akcja działa się w jednym miejscu, w Gospodzie pod Głowomotem, w drugim bohaterowie przemieszczali się, natomiast w tej części poznajemy niesamowity świat Besarajnu. Wydaje mi się, że autor wykreował naprawdę wspaniały świat, w którym wszystko jest dopracowane, a my tak naprawdę znamy tylko kawałek tego całego uniwersum. Powieść ma taki swój klimat, kultura i obyczajowość tych ludzi jest bardzo ciekawa, a także interesujące było dla mnie była struktura władzy w tym państwie, podzielenie go na te wszystkie Domy (Lwa, Tygrysa, Orła i wiele innych). Bardzo brakuje mi w tej serii mapki, która pozwoliłaby mi na lepsze wyobrażenie sobie tych wszystkich miejsc w przestrzeni. Zdecydowanie są to moje klimaty i uwielbiam książki tego typu. 

Ten tom skupia się przede wszystkim na intrygach z królewskiego dworu, w czym Havald nie jest zbyt dobry. Tutaj to Leandra jest zdecydowanie na pierwszym planie i prowadzi negocjacje w imię swej królowej. Bardzo podobało mi się nawiązania do ich rodzinnego królestwa, do przeszłości Leandry oraz Havalda. Mamy tutaj też elementy walki o władzę, motyw przepowiedni, z którym autor poradził sobie bardzo dobrze, magię nekromantów, która stanowiła duży kontrast do magii Leandry oraz jeden z moich ulubionych wątków, czyli gryf <3 Akcja czasami zwalnia, czasami przyspiesza, ale ogólnie jest utrzymana w takim wartkim tempie. Nie ma momentów nudy, ani też takich, że wszystko dzieje się za szybko i nie można połapać się o co chodzi. Książka wciąga, po prostu chce się ją czytać! Autor ma wszystko dopracowane, nie znalazłam żadnych błędów logicznych, a często się to zdarza przy tak dużych uniwersach. Tutaj jednak odnoszę wrażenie, że autor wszystko sobie idealnie zaplanował. Ten tom przynosi sporo wyjaśnień, ale także masę pytań, a po zakończeniu, nie mogę doczekać się kolejnego tomu. Mam nadzieję, że jak najszybciej będzie mi dane go przeczytać. 

„Przysiągłem sobie, że kiedy to wszystko minie, poszukam jakiegoś spokojnego miejsca i zajmę się uprawą jabłoni. Jabłka były dobre.”

Żałuję, że w tym tomie jest mniej Zokory, czyli mojej ulubionej postaci. Mroczna elfka zdecydowanie ubarwiała tę historię i często wprowadzała elementy humorystyczne. Oko pustyni skupia się najbardziej na Havaldzie oraz Leandrze. Lubię te postacie, ale czasami miałam wrażenie, że pozostali członkowie ich drużyny są nieco pomijani. Niemniej jednak cały czas dało się odczuć wspaniałą atmosferę w ich grupie oraz pięknie zbudowane relacje przyjaźni i zaufania. Uważam, że bardzo ciekawym bohaterem jest Armin, bo z pozoru zbyt gadatliwy, ale oddany sługa, kryje w sobie coś więcej. Ogólnie Richard Schwartz kreuje bardzo złożone i charakterne postacie, które da się polubić lub znienawidzić.




Mamy tutaj sporo wątków miłosnych, jednakże są one zdecydowanie jedynie w tle. Na pewno nie jest to najważniejszy element tej książki. Choć ciężko jest bohaterom pielęgnować te relacje, w obliczu tak ważnej misji, to jednak w dalszym ciągu trwają przy sobie. Nie brakuje kłótni czy nieporozumień, ale to sprawia, że te związki są prawdziwe i nie zrobione na siłę.

Styl pisania autora jest specyficzny i zdecydowanie nie przypomina współczesnego języka. Czasem czyta się trochę ciężko, ze względu na mnogość opisów, natomiast bardzo podoba mi się ten styl. Jest barwny, autor ma duży zasób słownictwa, a przede wszystkim jest oryginalny i nie spotkałam się wcześniej z podobnym. 

"Ciągle wzbraniacie mi słów, essera! Bogowie dali je nam, by nas odróżnić od zwierząt. Bez słów nie jesteśmy lepsi od psów, które czołgają się w kurzu u stóp swego pana i mogą tylko szczekać.  - To szczekaj! - odparła ściągając brwi."

Podsumowując, uważam że jest to warta przeczytania seria. Zdecydowanie wszystkim ją polecam, bo to genialna, dopracowana historia z barwnymi bohaterami, napisana bardzo oryginalnym piórem Richarda Schwartza. Ja jestem zachwycona, to są zdecydowanie moje klimaty i nie mogę się doczekać następnych części!

Ocena: 9/10




Czytaj dalej »

Hazel Wood #1: Trzymaj się z dala od Hazel Wood - Melissa Albert

czwartek, 15 sierpnia 2019

Hazel Wood to książka, która bardzo zaintrygowała mnie przede wszystkim okładką, która jest po prostu przepiękna. Szczerze mówiąc zupełnie nie wiedziałam czego mam się po niej spodziewać, ponieważ opis zwiastował dobrą powieść fantasy, ale o czym ona dokładnie jest, nikt nie napisał. Sięgałam po nią zupełnie nie wymagając niczego specjalnego. I co dostałam?


Tytuł: Trzymaj się z dala od Hazel Wood
Autor: Melissa Albert
Tłumaczenie: Krzysztof Puławski
Seria: Hazel Wood
Wydawnictwo: Media Rodzina
Liczba stron: 372
Poprzednia część: -
Następna część: The Night Country
Przeczytam tyle ile mam wzrostu: 3 cm

"Większość swojego siedemnastoletniego życia Alice spędziła z matką w drodze, uciekając przed prześladującym je pechem. Jednak dopiero kiedy jej żyjąca w osamotnieniu babcia, autorka kultowych, mrocznych historii, umiera w swojej posiadłości Hazel Wood, Alice dowiaduje się, co oznacza prawdziwy pech. Jej matka znika, porwana przez tajemniczą postać z groźnej krainy, o której pisała babcia Althea. Jedyną wskazówką Alice jest notka zostawiona przez matkę: „Trzymaj się z dala od Hazel Wood”. Dotychczas Alice wystrzegała się dziwacznych fanów swojej babki. Teraz jednak nie ma wyboru i postanawia skorzystać z pomocy kolegi ze szkoły, a jednocześnie wielbiciela twórczości Althei – Ellery’ego Fincha. Wyruszają do Hazel Wood, by uratować matkę, a następnie trafiają do świata opisanego przez Altheę, gdzie Alice być może uda się poznać prawdę na swój własny temat." [lubimyczytać.pl]
Mam wrażenie, że ta książka składa się z dwóch części. Najprościej ujmując, w pierwszej nie ma nic, a w drugiej jest wszystko. Na początku poznajemy naszą Alice, dowiadujemy się wiele o tym kim jest i jak wygląda jej życie. Jest to taka opowieść o przeszłości, dzięki czemu możemy od razu zaznajomić się z główną bohaterką. Pierwsza połowa książki skupia się praktycznie na tym, co mamy napisane w opisie. Kiedy matka Alice zostaje porwana, dziewczyna razem ze swoim kolegą Finchem, próbują odnaleźć Hazel Wood. Dowiadują się wielu istotnych faktów o Althei, ale tak naprawdę nie wiedzą jeszcze nic. Przypomina to taki trochę fantastyczny kryminał, bo jest tutaj swego rodzaju zagadka, którą muszą rozwikłać i próbują dojść do rozwiązania poprzez każdy możliwy ślad, a wokół tego jest taka fantastyczna otoczka. Czytało mi się to dobrze, przyjemnie i podobało mi się. Ale nagle nastąpił wielki przełom w tej historii. Nawet nie wiem, który dokładnie moment był tym, który zmienił praktycznie całkowicie tę książkę, bo ze zwykłej powieści w zwykłym świecie z fantastycznymi postaciami i tak dalej, wkroczyliśmy do Hazel Wood...

„Kiedy Alice się urodziła, jej oczy były czarne od jednego końca do drugiego”

Mam wrażenie, że dopiero wtedy zaczęła się ta cała historia. To, co było wcześniej, to był jakiś przydługi wstęp. Tutaj mamy do czynienia z prawdziwą bajką. Druga połowa książki była klimatyczna, tajemnicza, baśniowa i mroczna, pełna takiego szaleństwa, którego nie zawsze dało się zrozumieć, ale naprawdę miało to w sobie to coś, co sprawia, że książka zostaje w naszej pamięci na dłużej. Mimo, że początek również mi się podobał, to dalej w porównaniu z nim, było wręcz zachwycająco. Akcja diametralnie przyspieszyła, fabuła wywróciła się do góry nogami, totalnie mnie zaskakując i sprawiając, że pokochałam Uroczysko i ten świat. Pomysł był naprawdę genialny, bardzo oryginalny i intrygujący. Można by pomyśleć, że w takim razie ta pierwsza część była zbędna, zupełnie niepotrzebna i mogłaby być dużo krótsza. Ale po zastanowieniu uważam, że właśnie taki był zamysł autorki. Gdyby nie to, nie poznalibyśmy tak dobrze Alice, Fincha, Elli, a przede wszystkim nie byłoby tego wielkiego efektu wow.

Od początku bardzo polubiłam Alice, która wydawała mi się pewną siebie, choć nieco zagubioną dziewczyną. Ella była jedyną dla niej bliską osobą i kiedy zaginęła, Alice zrobiłaby wszystko, żeby ją znaleźć. Podejmowała dobre decyzje i trafnie oceniała sytuację. Z Finchem miałam takie, że tak to nazwę, wahania. Na początku mnie irytował, potem go polubiłam, pokochałam, potem mnie zawiódł, następnie znowu zyskał moja sympatię, ale ostatecznie jestem troszkę rozczarowana jego postacią. Nie mogę Wam powiedzieć więcej, sami musicie sprawdzić, jakie będziecie mieć zdanie na temat Fincha. Tak naprawdę zawiodła mnie również sama Althea, bo po takiej tajemnicy, jaką była owiana, spodziewałam się czegoś spektakularnego, a dostałam... coś innego. Ale Uroczysko i jego niesamowitość wszystko nadrabiają! Polubiłam również Ellę, która tak naprawdę była troszkę nieobecna w tej powieści. Wszystko, co od niej wiemy to historie opowiedziane nam przez Alice, a sama bohaterka nie ma takich "swoich momentów". Niemniej jednak lubię ją, szczególnie za to, co zrobiła dla swojej córki. Ogólnie rzecz biorąc, bohaterowie są świetnie wykreowani, mają własne charaktery. Można ich polubić i przejmować się ich losem. 


W książce występuje także delikatny wątek romantyczny. Tak delikatny, że prawie wcale go nie ma i nie odczuwamy jego obecności, ale gdzieś tam jest i relacja między bohaterami ciągle wzrasta i się umacnia. Bardzo mi się podobało, że było o zupełnie w tle i nie przyćmiewało głównych wydarzeń, ale osobiście lubię ten wątek i kibicowałam bohaterom. 

Styl autorki również zmienił się na przestrzeni stron książki. Na początku był w sumie zwykły, normalny, tak, że nie zwróciłam na niego większej uwagi. Jednak w momencie, kiedy wkroczyliśmy do Uroczyska stał się bardzo bajkowy, opisowy i intrygujący. Autorka ma bardzo duży zasób słownictwa, ale tworzy też czasem dziwne porównania, które jakoś tak niezbyt przypadały mi do gustu. Niemniej jednak bardzo styl bardzo mi się podobał i dobrze mi się tę książkę czytało. Tworzył niesamowity klimat i sprawiał, że książka jest inna, niż wszystkie. 

„Mój ukochany mnie uwiódł,
Mój ukochany mnie zabił,
Pochował moje kości,
Swą ukochaną poślubił,
Jego ukochaną pochowałam,
I teraz sam się błąka”

Podsumowując, uważam że jest to niesamowita historia i bardzo zachęcam do przeczytania tej książki. Jestem pewna, że Uroczysko Was zachwyci, a Hazel Wood wiele razy Was zaskoczy. Mnie pochłonęła, zauroczyła i na pewno na długo zostanie w mojej pamięci. Cieszę się, że można jeszcze stworzyć oryginalną książkę fantasy, bez powielania utartych schematów i Hazel Wood jest tego dowodem. 

Ocena: 9/10



Czytaj dalej »

Trzy kroki od siebie - Rachael Lippincott oraz Mikki Daughtry i Tobias Iaconis [KSIĄŻKA + FILM]

piątek, 9 sierpnia 2019

Dobrze wiecie, że książki tego typu nie są do końca w moich klimatach, ale gdy przeczytałam opis, wiedziałam, że muszę ją przeczytać. Wyobrażacie sobie zakochać się w kimś i nie móc go dotknąć, przytulić, pocałować...?


Tytuł: Trzy kroki od siebie
Autor: Rachael Lippincott oraz Mikki Daughtry i Tobias Iaconis
Tłumaczenie: Maciej Potulny
Seria: -
Wydawnictwo: Media Rodzina
Liczba stron: 334
Przeczytam tyle ile mam wzrostu: 2 cm

"Czy wyobrażasz sobie, że się zakochujesz, choć nie wolno ci nawet dotknąć drugiej osoby? Jedyną szansą Stelli na przeżycie są nowe płuca. Życie dziewczyny to ciągłe pobyty w szpitalu, przyjmowanie leków i oczekiwanie na przeszczep. W tym czasie musi zachować bezpieczną odległość od wszystkich, żeby nie narażać układu odpornościowego osłabionego nieustanną walką z zakażeniami i antybiotykoopoornymi bakteriami. Bez żadnych wyjątków. Will już dawno porzucił nadzieje na wyleczenie. Gdy tylko skończy osiemnaście lat i będzie mógł decydować o sobie, zamierza skończyć ze szpitalem, lekami i drenażem. Marzy o podróżach i poznawaniu świata. Stella wie, że powinna się trzymać od Willa z daleka. Wystarczy jeden oddech, jeden pocałunek, by jedno zaraziło drugie. Oboje są świadomi, że mogą umrzeć. Ale im więcej czasu spędzają w swoim towarzystwie na szpitalnych korytarzach, tym bardziej narzucony z góry dystans przypomina nieludzką karę. Czy trochę bliskości to naprawdę wyrok śmierci dla nastolatków? Czy można uleczyć złamane serce? Dramat romantyczny o nieuleczalnej chorobie, jaką jest mukowiscydoza, i miłości, która rozkwita pomimo zakazów." [lubimyczytać.pl]



Książka porusza bardzo trudny temat. Opowiada o tym jak choroba może być przeszkodą w miłości i szczęściu. Byłam ciekawa jak zostaną przedstawione realia życia osoby chorej na mukowiscydozę i uważam, że zostało to zrobione bardzo dobrze. Akcja książki dzieje się cały czas w szpitalu, więc czytamy o tym jak wygląda leczenie, ile trzeba brać tabletek i co robić, by nie narazić swojego organizmu na różnorakie infekcje. Mamy jednak dwa zupełnie różne oblicza pacjenta. Stella ma fioła na punkcie organizacji i porządku. Zawsze musiała mieć wszystko poukładane, brała lekarstwa i robiła dokładnie to, co było napisane w zaleceniach. Jej życie polegało na ciągłej walce z mukowiscydozą, a szpital był jej drugim domem. Natomiast Will miał całe to leczenie gdzieś. Nie chciał brać tabletek i wykonywać wszystkich potrzebnych czynności. Miał tego wszystkiego dość. Wiedział, że zostało mu tylko kilka lat życia i nie chciał ich zmarnować. Pragnął podróżować, wykorzystać jakoś ten czas, który mu pozostał, zobaczyć coś oprócz wnętrz szpitali. Było dla mnie bardzo przykre czytać o tym, z jak wielkim ciężarem musieli się mierzyć każdego dnia, jak choroba wyniszczała ich fizycznie i psychicznie, jak ciężkie były myśli o śmierci... Kiedy ktoś jest zdrowy, to często nie zdaje sobie sprawy z tego, jak wygląda życie osób chorych. Na wszystko narzekamy, a tak naprawdę posiadamy najważniejsze, czyli zdrowie. Myślę, że możemy się wiele uczyć od chorych, którzy mimo wszystko starają się cieszyć z życia i codziennie walczą o każdy następny dzień. Ta historia skłoniła mnie właśnie do takich refleksji. Bardzo ważnym elementem książki były emocje, towarzyszące bohaterom na każdym kroku, które sprawiały, że przeżywałam wszystko razem z nimi, a przy tych najbardziej wzruszających chwilach zakręciła mi się łezka w oku. 





Książkę czyta się bardzo szybko i, mimo trudnego tematu, lekko i przyjemnie. Pochłaniałam kolejne strony w mgnieniu oka i byłam bardzo ciekawa jak potoczą się dalsze losy bohaterów. Sam wątek główny jest dość oczywisty. Mamy tutaj schemat 'od nienawiści do miłości', ale  od samego początku wiadomo, co będzie się działo między tą dwójką. Jednak uczucie między Stellą, a Willem było przepiękne i rozwijało się powoli, krok po kroku. Bardzo im kibicowałam i chciałam, żeby im się udało. Cały czas miałam nadzieję, że jakimś cudownym sposobem zostaną wyleczeni i będą mogli być razem, chociaż oczywiście wiedziałam, że się tak nie stanie, bo w przypadku mukowiscydozy jest to niemożliwe i można jedynie wydłużać sobie życie. Ogólnie wątek miłosny, czyli w sumie to, na czym opiera się książka, zdecydowanie na plus. Nie była to miłość od pierwszego wejrzenia, ale budowanie wspaniałej i emocjonalnej relacji między tą dwójką. Podczas czytania towarzyszyło mi straszne uczucie, bo czułam, że zakończenie to nie będzie jeden wielki happy end. Jednak szczerze mówiąc nie spodziewałam się, że w ten sposób historia zostanie skończona. Zakończenie było słodko-gorzkie, popłakałam się na nim, ale bardzo mi się podobało. 

Bohaterowie byli wykreowani bardzo dobrze. O Stelii i Willu już trochę wspominałam, ale ogólnie bardzo ich polubiłam, a Willa to w ogóle uwielbiam <3 Jednak postacie drugoplanowe również są dopracowane. Nie jest to książka, w której tylko ci pierwszoplanowi mają własne charaktery i historie życia, ale o wszystkich coś wiemy i mogą zyskać naszą sympatię. Barb, czyli pielęgniarka, jest po prostu genialna. Chodziło jej tylko i wyłącznie o dobro jej podopiecznych, a Stellę kochała i była dla niej taką "dobrą ciocią". Poe, przyjaciel Stelli, również chory na mukowiscydozę, również był bardzo ważną i istotną postacią i bardzo go polubiłam. Dowiadujemy się też sporo o rodzicach i przyjaciołach Willa i Stelli, a także o jej siostrze Abby. Ogólnie wszyscy bohaterowie mieli jakiś wpływ na tę historię, bo mieli wpływ na życie i decyzje głównych postaci. 

"Jeśli mam umrzeć, to najpierw chciałbym trochę pożyć".

Po przeczytanej książce obejrzałam również film, który również przypadł mi do gustu. Mimo, że znałam już całą fabułę, uważam, że był dobrze zrobiony. Trzeba zauważyć, że nie jest to ekranizacja - to książka została napisana na podstawie scenariusza do filmu. Wszystko jest praktycznie takie same. Nie wychwyciłam żadnych znaczących różnic i miałam wrażenie, że nawet niektóre dialogi są identyczne. Jeśli kogoś zawsze irytują różnice między filmem, a książką, to w tym wypadku będzie usatysfakcjonowany.  Gra aktorska była na bardzo wysokim poziomie. Cole Sprouse (Will) oraz Haley Lu Richardson (Stella) bardzo dobrze oddawali emocje postaci i zagrali swoje role znakomicie. 

Autorka książki zdołała ubrać w słowa to, co działo się na ekranie i stworzyć z tego piękną pisaną historię. Styl autorki jest bardzo lekki, a książka ma dzięki temu w sobie coś uroczego i przyjemnego, mimo że jest tak trudna i dramatyczna. 

Podsumowując, nie sądziłam, że ta historia aż tak mi się spodoba. Skłoniła mnie do refleksji, zaciekawiła i w wielu momentach wzruszyła. Zdecydowanie polecam zarówno książkę, jak i film!

Ocena: 9/10


"Przepaść między nami nigdy nie zniknie ani nawet się nie zmniejszy. Zawsze będą nas dzielić trzy kroki. "




Czytaj dalej »

Podsumowanie maja, czerwca i lipca oraz (UWAGA!!!) WTK 2019

niedziela, 4 sierpnia 2019

Hej, hej, Kochani! 


Ciągle jeszcze tutaj jestem! Zdziwieni? Cóż, nie pojawiło się tutaj nic od bodajże 15 maja, więc nie byłoby dziwne, gdybyście byli zdziwieni. Szczerze mówiąc nie będę się tutaj Wam tłumaczyła dlaczego mnie tutaj nie było, bo uważam, że jakbym chciała, to potrafiłabym zorganizować się tak, żeby na te książki i bloga starczyło czasu. Wiecie, bo mimo, że tego czasu jest mało, to jednak zwykle mimo wszystko jakoś to ogarniałam. A teraz? Brak mi motywacji, nie mam siły i dopadła mnie taka blogowa niemoc, która trwa już od dobrych kilku miesięcy i nie wiem co z tym zrobić. W sensie ja po prostu chyba mam takiego wielkiego lenia, bo mi się zwyczajnie nie chce. Wychodzę jednak z założenia, że to co robię ma mi po prostu sprawiać przyjemność, więc nic na siłę, bo nie widzę w tym sensu. Z jednej strony mam w sobie taką wielką potrzebę książek, czytania, bloga, po prostu najzwyklejszego w świecie powrotu do tego, co udawało mi się kiedyś, a z drugiej strony często tak totalnie nie chce mi się tego robić i nie mam na to ochoty i siły, że po prostu nie robię i wszystko się tak zapętla. Oczywiście w ciągu tych 2,5 miesiąca pojawiło się u mnie wiele, wiele myśli o zawieszeniu tego bloga, bo aż nie mogę patrzeć na to, co z niego pozostało. Jednak nie potrafiłabym tego zrobić. Po prostu nie. Więc postanowiłam spróbować raz jeszcze.

Chciałam też coś tutaj zmienić w wyglądzie bloga, sprawić, by zyskał trochę oryginalności, polotu, by stał się taki "mój", bo wcześniej miałam wrażenie, że mój blog wygląda jak tysiące innych dostępnych w sieci. (Nie wiem czy teraz też tak nie wygląda, ale przynajmniej jest trochę bardziej "mój"). Nie jestem zbyt dobra w grafice komputerowej. Próbowałam stworzyć jakieś logo, nagłówek czy coś w tym rodzaju, ale szczerze mówiąc marnie mi to szło. Może jeszcze kiedyś nad tym nieco popracuję i coś wymyślę, ale na razie wpadłam na pomysł, by tym nagłówkiem były po prostu książki. To są wszystkie moje książki, które zdjęłam z regału i ułożyłam w taki kolorowy ciąg. Jakość jest nieco marna, bo mój telefon nie dał rady uchwycić tego lepiej, ale wydaje mi się, że wygląda to znośnie i całość prezentuje się całkiem dobrze. 


Przejdźmy do podsumowania minionych miesięcy...

Podsumowując ogólnie te 3 miesiące to wydarzyło się wiele. Zakończyłam gimnazjum ze średnią 5,83 (a co, pochwalę się :D) i przeszłam cały proces rekrutacyjny do liceum i dostałam się do tego, do którego chciałam na profil biologiczno-chemiczno-matematyczny, więc jestem zadowolona. Jednak jak widzicie, po wakacjach czeka mnie masa pracy w nowej szkole i nieco się tego obawiam, ale mam nadzieję, że sobie poradzę.

Grafiki do podsumowania maja i czerwca nie będzie i zrobię to jak najkrócej się da, bo w sumie nie ma czego podsumowywać...
Nie ma się co rozwodzić - w maju oraz czerwcu nie przeczytałam żadnej książki. Jest mi z tym tak strasznie źle, że nie wytrzymuję już psychicznie xD Trochę czytałam, a była to Alyssa i obłęd, ale nie było to to samo, co część pierwsza i zupełnie mnie nie porwała i może to dlatego jakoś straciłam ochotę na czytanie. W maju na bogu pojawiły się 3 posty, w tym 2 recenzje, a najpopularniejszym postem okazała się być recenzja Królestwa popiołów i wcale się temu nie dziwię :D W czerwcu żadnych postów nie było.

Trzeba przyznać, że niemocy blogowo-książkowej towarzyszą seriale, które są mało wymagającym środkiem na odpoczynek po ciężkim dniu, co sprawia, że często zdarza mi się coś obejrzeć. To również pokazuje, że to wcale nie brak czasu, a brak chęci trzyma mnie z dala od książek i bloga.
W maju były to The Order, The Society, skończyłam Riverdale oraz zaczęłam 6 sezon The 100. Obejrzałam też film Ostatnie wakacje
Natomiast w czerwcu obejrzałam Good girls oraz zaczęłam Dynastię, ale jeszcze nie skończyłam, bo trochę tych odcinków jest oraz oglądałam bieżące odcinki The 100. Obejrzałam też film #RealityHigh.


Przyszła pora na lipiec i tutaj będzie już dużo ciekawiej, bo w końcu zaczęłam cokolwiek czytać!


W lipcu przeczytałam 3 książki. Alyssa i obłęd, którą zaczęłam w maju zupełnie mnie nie wciągnęła i na początku lipca nie miałam ochoty do niej wracać, dlatego postanowiłam zabrać się za coś innego i przeczytałam Trzy kroki od siebie. Książka była naprawdę piękna i wzruszająca. Mimo, że nie są to moje klimaty to bardzo mi się podobała. Następnie (wreszcie!) znalazłam czas na Oko pustyni i mogłam powrócić do tego genialnego świata, a już 3 tom tej serii zdecydowanie trzymał poziom poprzednich. Jestem bardzo ciekawa dalszych losów tych bohaterów. Potem stwierdziłam, że może już przyszedł czas zmierzyć się z Alyssą i wzięłam ją na wyjazd na mazury, gdzie miałam całe dnie na czytanie i kiedy udało mi się przebrnąć przez tę pierwszą połowę książki, znowu zaczęło mi się podobać, co nie zmienia faktu, że początek był okropny.

W lipcu miał premierę 3 sezon Domu z papieru, o czym słyszał chyba każdy, a że jest to mój ukochany serial to oczywiście obejrzałam nowe odcinki i mam tylko jedno "ale": Czemu było ich tylko 8? :D Obejrzałam też parę odcinków Dynastii oraz na bieżąco The 100, a po lekturze Trzech kroków od siebie obejrzałam film, na podstawie którego napisano książkę. 


Lipiec był zdecydowanie najbardziej udanym miesiącem z tych trzech. Mam nadzieję, że w sierpniu będę miała czas, żeby cokolwiek przeczytać. Na pewno w sierpniu pojawi się dużo zaległych recenzji oraz parę innych postów, które są w fazie przygotowywania. Jestem jednak pewna, że w sierpniu blog odżyje i oby odżył już na długi, długi czas... 







I UWAGA, UWAGA! PRZED PAŃSTWEM DŁUGO WYCZEKIWANA CZĘŚĆ TEGO POSTA, A RACZEJ COŚ, CO POWINNO SIĘ POJAWIĆ JUŻ DAWNO TEMU, CZYLI PODSUMOWANIE WTK 2019.

Pewnie każdy zdążył już o targach zapomnieć, każdy przeczytał już na ten temat milion postów, każdy już myśli raczej o krakowskich targach na jesieni, niż o tych, które już dawno przeminęły. 

A JA DOPIERO JE PODSUMOWUJĘ! :D A co mi tam, kto mi zabroni! Chcę mieć na blogu to podsumowanie w ramach takiej pamiątki i stwierdziłam, że w końcu lepiej późno, niż wcale. Moje wrażenia mogą nie być w 100% kompletne, bo w końcu nie jestem świeżo po targach, ale jak to wszystko było mniej więcej pamiętam.


Ogólnie rzecz biorąc, mam wrażenie, że tegoroczne targi podobały mi się mniej, niż poprzednie, ale wydaje mi się, że to dlatego, że praktycznie ciągle chodziłam sama. Tylko z zazdrością patrzyłam na śmiejących się ludzi, chodzących w grupach przyjaciół. Ale cóż. Faktem jest też to, że nie jestem zbyt dobra w nawiązywaniu kontaktów z nieznanymi osobami, więc bałam się i byłoby mi głupio do kogokolwiek podejść i zagadać, więc tak jakoś wyszło. Nie znaczy to, że nie bawiłam się dobrze - było naprawdę super i bardzo cieszę się, że mogłam pojechać :D

Jednakże moja samotność została na chwilę przerwana, bo udało mi się spotkać z Justyśką z bloga Z miłości do książek i bardzo dziękuję za to spotkanie, bo bardzo było mi miło spotkać Cię na żywo, pogadać i połazić po stadionie <3 <3 






Na targi dotarłam po godzinie 10, a już pod stadionem zorientowałam się, że nie zabrałam ze sobą mojej akredytacji blogerskiej, ale na szczęście można było pokazać na telefonie, więc udało mi się na targi wejść :D Miałam jeszcze sporo czasu do pierwszego spotkania z autorem, więc obeszłam sobie stadion, pooglądałam różne stoiska, ale nic nie kupowałam, bo chciałam się po prostu zorientować gdzie co jest i co mnie interesuje. 

Następnie dokonałam mojego pierwszego zakupu, czyli Ani z Zielonego Wzgórza po angielsku od wydawnictwa Ze słownikiem. Zupełnie nie planowałam kupienia tej książki, ale od zawsze chciałam przeczytać coś po angielsku i słyszałam już o tym wydawnictwie i stwierdziłam, że to dobra okazja i może być to dobry początek do czytania po angielsku. A Anię z Zielonego Wzgórza uwielbiam (przeczytałam nawet całą serię) i chętnie sobie odświeżę tę opowieść. 


Spotkanie z pierwszą autorką od której chciałam dostać autograf, czyli Martą Kisiel było dopiero o 13, więc miałam sporo czasu, ale już wcześniej zaczęłam się kierować w stronę stoiska Uroborosa. Miałam ze sobą jedną książkę Kisiel do podpisu - Oczy uroczne, ale stwierdziłam, że może kupię jeszcze jedną, skoro jest okazja (ach, ta rozrzutność na targach... :D), więc wzięłam Nomen omen. I jak już byłam przy kasie, to pani powiedziała, że jak się kupi dwie książki Marty Kisiel to dostaje się torbę z logiem Oczu urocznych za darmo...
WIĘC JA KUPIŁAM JESZCZE DOŻYWOCIE :DDD Potem jak odeszłam od tej kasy, to tak mówię do siebie "Co ja właściwie zrobiłam, kupiłam dwie książki, które już zresztą czytałam, tylko po to, żeby dostać torbę..." :D. Ale torba bardzo ładna i miałam dodatkowe książki do autografu, więc stwierdziłam, że nie ma tragedii :P

Potem zobaczyłam, że już jest kilka osób stojących do Kisiel, mimo że była dopiero 12:40, ale pomyślałam, że w sumie i tak będę stała w kolejce, to mogę postać już teraz, a przynajmniej byłam jedną z pierwszych. No i bardzo szybko dostałam podpisy i stwierdziłam, że to bardzo dobry pomysł przychodzić 20 minut wcześniej i ustawiać się w kolejce. Przecież i tak trzeba czekać, a lepiej poczekać i być na początku kolejki, niż stać na jej końcu i to dużo dłużej. Także polecam takie rozwiązanie. I mam piękne zdjęcie z Kisiel oraz trzy książki z jej autografem. I oczywiście torbę! <3






Następnie musiałam szybko się przedostać do Andrzeja Maleszki, bo spotkanie z nim również było na 13. Tutaj była już spora kolejka, więc trochę sobie postałam, ale muszę przyznać, że było warto, bo bardzo miło rozmawiało mi się z tym autorem. Przemiły człowiek i z każdym starał się rozmawiać oprócz podpisu. Opowiedziałam mu, że od dziecka czytam Magiczne Drzewo, a ostatnio czytam też młodszemu bratu i zawsze na Boże Narodzenie dostawałam nową część. Wzięłam do podpisu dwie, najchudsze książki, żeby choć trochę zmniejszyć ciężar mojej torby i cieszę się, że wzięłam tom pierwszy (Czerwone Krzesło), bo Maleszka był zachwycony, gdy zobaczył, że mam go w pierwszym, najstarszym wydaniu. Przy nim siedziała bohaterka najnowszej części, Julka (dziewczynka, która jest na zdjęciach w książce). Nie robili sobie zdjęć, bo mówili, że wolą porozmawiać, ale cyknęłam im fotkę, jak podpisywali osobie przede mną (tylko Julka trochę śmiesznie wyszła... :D). Dostałam jeszcze taki fajny plakat, ale niestety się pogniótł i go wyrzuciłam :(





Następnie miałam bardzo dużo czasu do spotkania z Anetą Jadowską, więc pochodziłam, połaziłam, zjadłam coś, posiedziałam na trybunach, bo nogi mi odpadały, spotkałam się z wcześniej wymienioną już Justysią i znowu poszłam tam trochę przed czasem, więc byłam jedną z pierwszych w kolejce. W międzyczasie rozładował mi się telefon, więc poprosiłam jakąś panią za mną, żeby mi zrobiła zdjęcie i wysłała na maila, bo chciałam mieć pamiątkę. I znowu mam bardzo ładne zdjęcia z autorką i ładne autografy w książkach :) Z racji, że byłam na początku kolejki, to szybko się z tym uwinęłam i pojechałam już do domu.






Tak mi minęły targi w tym roku. Jak wspominałam, podobały mi się nieco mniej, niż te rok temu, ale i tak bardzo dobrze się bawiłam. Kupiłam trzy książki, a mam autografy w siedmiu, więc myślę, że targowe zdobycze przedstawiają się bardzo dobrze. (Choć bolące ramiona po noszeniu ośmiu książek to masakra...). 

Mam nadzieję, że Was nie zanudziłam tym opóźnionym i nieco przydługim podsumowaniem minionych miesięcy i targów...

W sierpniu (i mam nadzieję w kolejnych miesiącach również) spodziewajcie się dużej ilości postów.

I wiecie co? Chyba znowu czerpię z tego radość! :D 



Czytaj dalej »

[PREMIEROWO] Szklany tron #6: Królestwo popiołów - Sarah J. Maas

środa, 15 maja 2019

Finał Szklanego tronu! Każdy z nas spodziewał się czegoś niesamowitego, czegoś genialnego i wbijającego w fotel! Czy Maas podołała zadaniu i godnie zakończyła tę serię?

Z racji tego, że jest to już tom szósty całej serii w recenzji mogą pojawić się spoilery do tomów poprzednich. Jeżeli ktoś jeszcze nie czytał tej serii, a ma ją w planach, to zachęcam do odwiedzenia zakładki "Recenzje" i przeczytanie moich opinii o poprzednich tomach :) 
OSOBY, KTÓRE NIE CZYTAŁY SERII, A MAJĄ JĄ W PLANACH ZAPRASZAM NA KONIEC RECENZJI DO PODSUMOWANIA CAŁEJ SERII - TAM NIE MA ŻADNYCH SPOILERÓW :)
Do samego Królestwa popiołów w recenzji nie ma spoilerów! (są zamazane, by nie walnąć komuś spoilerem w twarz, ale nie mogłam się powstrzymać, by nie napisać o kilku scenach)


Tytuł: Królestwo popiołów (Część I i II)
Autor: Sarah J. Maas
Tłumaczenie: Marcin Mortka
Seria: Szklany tron
Wydawnictwo: Uroboros
Liczba stron: 734 + 510
Poprzednia część: Imperium burz
Następna część: -
Przeczytam tyle ile mam wzrostu: 4,5 cm + 3,7 cm


"Dawno, dawno temu w pewnej krainie już dawno zrównanej z ziemią żyła sobie księżniczka, która bardzo kochała swe królestwo..."

Jeśli to czytacie to prawdopodobnie wiecie, co stało się na końcu Imperium burz. Według mnie było to bardzo zaskakujące zaskoczenie, co tylko wzmacniało moją ciekawość do tego tomu. Z jednej strony nie mogłam się doczekać, z drugiej, tak bardzo nie chciałam kończyć mojej ukochanej serii i żegnać się z ulubionymi bohaterami. Wiecie jak to jest - koniec serii, tutaj wszystko się okaże, zostaną rozwiązane wszystkie wątki i wreszcie będziemy mogli się dowiedzieć jak przebiegnie ta ostateczna bitwa, więc emocje są naprawdę duże. Dla nikogo nie będzie to żadnym zaskoczeniem, że powiem, że Królestwo popiołów zostało podzielone na dwie części. Pierwsza ma ponad 700 stron. Nie ma tutaj szybkiej akcji, bo to dopiero wprowadzenie do tych końcowych wydarzeń. Druga część jest o wiele bardziej emocjonująca, dużo więcej się dzieje i sprawia to, że nie możemy oderwać się od czytania. Ogólnie książka bardzo mnie wciągnęła i całe Królestwo popiołów przeczytałam chyba w dwa dni (i noce :P). Mamy tutaj rozdziały z pięciu perspektyw i postanowiłam, że najłatwiej będzie, gdy po kolei omówię każdą z nich i bohaterów, którzy w nich występują. 

Pierwsza perspektywa to wątek Aelin. Przebywa ona w Doranelle i jest torturowana przez jednego ze sług Maeve. Nie było tych rozdziałów dużo i gdy czytałam o innych bohaterach często zastanawiałam się 'kiedy wreszcie będzie ta Aelin!', bo w końcu to ona jest główną postacią. Jeśli chodzi o same sceny tortur to muszę przyznać, że wzbudzały we mnie bardzo negatywne emocje. Nie chodzi o to, że mi się nie podobały, a po prostu było mi przykro czytać o jej cierpieniu. Natomiast zupełnie nie podobała mi się jedna ze scen [SPOILER], czyli moment kiedy Aelin uciekała z Doranelle. Było to dla mnie jakieś takie nierzeczywiste, że po takich torturach nagle była w stanie biec taki kawał drogi z pogrzebaczem (?) w rękach... Według mnie, ciekawym elementem był również ten mrugający kod, który Aelin wypracowała z Fenrysem, podobało mi się to.[KONIEC SPOILERA]. Lubię postać Fenrysa, który wspierał Aelin w tych strasznych chwilach. Momentami było to bardzo wzruszające. Może jeszcze kilka słów, o Aelin, która dla wielu z Was jest irytującą postacią. Ja zawsze starałam się przymykać oko na jej wady i, mimo, że w tym tomie, zirytowały mnie jej niektóre decyzje, nadal jestem zwolenniczką tej postaci i uwielbiam jej intrygi i sposób bycia. 


"Śmierć była jej klątwą, jej darem i jej przyjacielem od wielu długich lat. Cieszyła się, że znów może się z nią spotkać w blasku złocistego, porannego słońca."

Kolejna grupa osób to poszukiwacze Aelin, którzy na czele z Rowanem próbują ją znaleźć. Mamy tutaj przede wszystkim wątek Elide i Lorcana, który naprawdę bardzo lubię i z chęcią o nim czytałam. Według mnie jest to najlepszy wątek miłosny z całej tej serii. Może dlatego, że nie jest aż tak bardzo przewidywalny, jak reszta, a to, że bohaterowie się w sobie zakochali jest wyrzeczeniem z obu stron. Oboje są zupełnie inni, ale ich relacja pięknie się rozwija. Z ich udziałem jest jedna z moich ulubionych scen, [SPOILER], gdzie Elide wyruszyła w samobójczą wyprawę na koniu po rannego Lorcana. Podczas czytania tej sceny towarzyszyły mi wielkie emocje i bardzo mi się ten moment podobał. [KONIEC SPOILERA]. W wyprawie poszukiwawczej wzięli także udział Gavriel, którego w sumie w całej książce było bardzo mało, oprócz jego wątku ojcostwa. Trzeba też powiedzieć o samej postaci Rowana, którego do tej pory uwielbiałam, a tutaj jest zła na Maas za to, jak poprowadziła tę postać. Miałam wrażenie, że Rowan stracił swój dawny blask i był tutaj tylko po to, żeby być, ratować i wspierać Aelin. 




Następnym wątkiem są wiedźmy, a raczej Trzynastka dowodzona przez Manon, które mają za zadanie zjednoczyć wszystkie wiedźmy i Krochan do wspólnej walki. Muszę Wam powiedzieć, że zawsze lubiłam Manon i wątek wiedźm i tutaj też bardzo lubiłam czytać tę perspektywę. W pamięć zapadła mi jedna ze scen, przy której bardzo się wzruszyłam, ale myślę, że nie muszę nikomu, kto czytał książkę tłumaczyć, która scena z udziałem wiedźm mnie wzruszyła, więc obejdzie się bez spoilera. Manon bardzo lubiłam od samego początku, gdy (bodajże w trzeciej części) pojawił się jej wątek i dalej była jedną z moich ulubionych bohaterek w tej serii. Wraz z wiedźmami jest również Dorian - bohater, który podczas całej serii przeszedł chyba największą przemianę ze wszystkich postaci. Stał się naprawdę dojrzałym i inteligentnym mężczyzną, a jego pomysły mnie zaskakiwały. Zdecydowanie bardzo udana postać z bardzo rozbudowanym charakterem. 

Mamy też oczywiście perspektywę z dworu Terrasenu, gdzie Aedion, Lysandra i inni dostojnicy Terrasenu przygotowują się do wojny z siłami Erawana. Jest to dość smutny wątek, bo przedstawia to najokrutniejsze oblicze tej wojny, gdzie ludzie po prostu idą na śmierć, a sami głównodowodzący nie mogą z tym nic zrobić. Szczerze mówiąc, nie jestem fanką wątku miłosnego między Aedionem i Lysandrą. Jak zawsze uwielbiałam Aediona, tak w tym tomie mnie nieco denerwował. Lysandrę nadal bardzo lubiłam, natomiast ten romans był dla mnie strasznie przewidywalny i taki powtarzalny. Ogólnie rzecz biorąc, nie da się ukryć, że Maas jest nieco schematyczna, szczególnie w wątkach romantycznych. 

Już ostatnią perspektywą jaką chcę Wam opisać jest ekipa z Wieży Świtu, czyli przybywająca na ratunek armia z Południa oraz Chaol i Yrene. Te postacie zdecydowanie zyskały moją sympatię we wspomnianej książce i nadal bardzo chętnie o nich czytałam. Jestem natomiast zawiedziona tym, ze autorka zupełnie pominęła postać Nesryn, która w całym Królestwie popiołów ma zaledwie dwa albo trzy rozdziały. Nie to, żebym była wielką miłośniczką Nesryn, ale tak po prostu się nie robi, zwłaszcza, że w Wieży Świtu Nesryn grała jedną z głównych ról. 




Oczywiście wszystkie te wątki, w kulminacyjnym momencie się ze sobą łączą, bohaterowie się ze sobą spotykają i często są to bardzo miłe i wzruszające spotkania. Tym sposobem mniej więcej omówiłam fabułę oraz bohaterów, bo napisałam o wszystkich, o których chciałam. Poruszę jeszcze wątki bitewne, bo skoro jest to wojna to tych bitew jest naprawdę sporo, a czasem wydawało mi się wręcz tego za wiele. Myślę jednak, że te sceny zostały napisane bardzo dobrze oraz nie brakuje w nich emocji i napięcia. Trzeba też przyznać, że w całej książce jest sporo scen, które są po prostu niepotrzebne i nic by się nie stało, gdyby Maas po prostu je usunęła. Nie zmieniłoby to nic w fabule, a zaoszczędziłoby nieco irytacji i znudzenia.

Samo zakończenie mi osobiście się podobało i właśnie takiej końcówki oczekiwałam. Jest one nieco przesłodzone, ale ja właśnie chciałam, by w ten sposób się to zakończyło. Mimo wszystko Maas nie boi się uśmiercić niektórych postaci, a przede wszystkim na każdym z bohaterów zostają niezagojone blizny i rany, z którymi muszą zmierzyć się po tej morderczej wojnie. Jeśli chodzi o Króleswto popiołów, to słyszałam dużo opinii, że Maas zepsuła ten tom. Ja jednak jestem przeciwnego zdania, bo książkę czytało mi się świetnie. Nie jest ona bez wad, ale myślę, że jest w miarę dobrym zakończeniem całego Szklanego tronu. Ocena nie mogłaby być inna <3

Ocena: 10/10


-----------------------------------------------------------------------------------------------------------

PODSUMOWANIE CAŁEJ SERII (BEZ SPOILERÓW)

Wiecie, że ja jestem wielką fanką Maas, a przede wszystkim Szklanego tronu. Dwory także czytałam i bardzo mi się podobały, ale to jednak ST zajmuje pierwsze miejsce w moim osobistym rankingu. Zaczęło się bardzo niepozornie, bo mam wrażenie, że pierwsza część była tylko niezłą młodzieżówką do przeczytania na raz. Z każdym kolejnym tomem moje nastawienie do tej serii się zmieniało, a pokochałam go całkowicie około trzeciej części, a potem było już tylko lepiej! Maas przede wszystkim tworzy wspaniałych bohaterów, z którymi mocno się zżyłam i bardzo nie chciałam ich opuszczać. Są to jedni z moich ulubionych bohaterów książkowych. W całej serii nie brakuje wszelkiej maści błędów logicznych, dziwnych czy niepotrzebnych scen, ale myślę, że gdy przymknie się na to oko, można czytać Szklany tron z wielką przyjemnością. Sarah J. Maas stworzyła świetne uniwersum, bardzo złożoną i dopracowaną fabułę oraz wspaniałych bohaterów. Czego chcieć więcej? Ja jestem zachwycona i uwielbiam tę serię i z całego serca ją Wam polecam <3



A Wy czytaliście Szklany tron? Lubicie czy jednak niekoniecznie? A może wolicie Dwory albo dopiero planujecie sięgnąć po książki tej autorki? Koniecznie napiszcie w komentarzach!




Czytaj dalej »

Copyright © Szablon wykonany przez Blonparia