Wojna lotosowa #1: Tancerze burzy - Jay Kristoff

wtorek, 12 czerwca 2018

O tej książce słyszałam już dużo pozytywnych opinii, a do tego jej klimat bardzo mnie kusił. Czy rzeczywiście był to dobry wybór?


Tytuł: Tancerze burzy
Autor: Jay Kristoff
Tłumaczenie: Paulina Braiter
Seria: Wojna lotosowa
Wydawnictwo: Uroboros
Liczba stron: 445
Poprzednia część: -
Następna część: Bratobójca


Książka bierze udział w wyzwaniach:
Kitty's Reading Challenge: Jedno słowo w tytule ma tyle liter co Twoje imię
Przeczytam tyle ile mam wzrostu: +2,8 cm
Więcej informacji o wyzwaniach TUTAJ


Wyspy Shima są podzielone na 4 klany: Lisa, Tygrysa, Smoka i Feniksa. Yukiko to córka Czarnego Lisa. Razem z ojcem i grupą przyjaciół Kasumi i Akihito dostaje zlecenie od samego władcy, szoguna Yoritomo by złapać arashitorę, przez wszystkich uważanego za nieistniejącego - tygrysa gromu. Yukiko ma pewien dar, za który Gildia Lotosu pali na stosie. Dziewczyna musi go ukrywać, ale przy polowaniu na arashitorę nie jest to takie proste... Misja jest bardzo niebezpieczna i praktycznie niemożliwa, a Yukiko, jej ojciec i inni uczestnicy wyprawy nie mogą zawieść. 

"Ludzie, którzy nienawidzą pieniędzy, sami ich nie mają. Ludzie nienawidzący władzy są jej pozbawieni."



Początek książki był dość ciężki. Po pierwsze dość długie opisy, po drugie te wszystkie japońskie nazwy, zwyczaje... - to jest zupełnie inne niż wszędzie. Musimy poznać i zrozumieć zasady działania nowego, nieznanego nam świata i czasami te wszystkie nowe informacje wydawały mi się niezrozumiałe i przytłaczające. Tak naprawdę od samego początku coś się dzieje, ale czytelnik nie wie jeszcze dokładnie co. Dlatego dość ciężko było mi się wciągnąć w akcję, ale na ok. 100 stronie po prostu przepadłam. Gdy już mniej więcej zapoznałam się z tą japońską kulturą po prostu zakochałam się w tym klimacie. Wiecie, ja nigdy jakoś specjalnie nie ekscytowałam się Japonią - mangi i anime to nie dla mnie i w sumie nigdy się tym nie interesowałam. Pomyślałam, że ta książka może być miłym początkiem na zapoznanie się z Japonią i tak! Zdecydowanie tak było! Te wszystkie nazwy, stroje, broń, ale też wymyślone przez autora różne inne rzeczy bardzo mi się spodobały. Również szogunat i społeczeństwo było bardzo dobrze wykreowane przez autora. Ciekawie jest też wymyślony świat przedstawiony. Dzięki opisom możemy sobie dokładnie wyobrazić miejsca, w których znaleźli się bohaterowie, a przez jakiś czas podróżują, więc tym bardziej było to potrzebne. Chciałabym jeszcze powiedzieć o japońskiej mitologii, bo to też jest ważne. Wcześniej nie miałam z nią za wiele związku, ale już po tej książce mniej więcej się orientuję. Wiecie, ja bardzo lubię mitologię i bardzo chętnie czytałam o kolejnej. A trzeba przyznać, że ich mitologia, historia o stworzeniu świata, a także wszystkie duchy i inne stworzenia wydają się być bardzo interesujące. Zdecydowanie pomysł, klimat i kultura Japonii na plus. 


"Śmierć jest łatwa. Każdy potrafi rzuć się na stos i zostać szczęśliwym męczennikiem. Prawdziwa próba to znieść cierpienie, które towarzyszy poświęceniu."



Gdy przebrnęłam przez początek potem już zdecydowanie się wkręciłam. Wiecie, czytałam tę książkę jak miałam anginę, więc miałam na nią bardzo dużo czasu i przeczytałam ją w niecałe dwa dni. Akcja biegnie równomiernie, czasami dość mocno przyspieszając. Pewnie rzeczy przewidziałam, ale większość wydarzeń i rozwiązań mnie zaskoczyła. Podobało mi się również wprowadzenie do fabuły dworskich intryg, których Yukiko z początku nie pojmowała i musiała się nauczyć, że ważny jest tutaj spryt i podstęp, a wszystko nie zawsze jest proste. W tej książce ważna jest też technologia, stworzona przez Gildię Lotosu, która czuwa nad bezpieczeństwem mieszkańców, wprowadzając bardzo surowe zasady. Mam nadzieję, że w kolejnych tomach będzie to bardziej rozwinięte, bo na razie było ciekawe, ale dalej mało wiem o tym jak i dlaczego to wszystko w ten sposób działa. 

Główną bohaterkę Yukiko bardzo polubiłam. To nie jest rozmemłana nastolatka, która nie wie czego chce. Nie, ona jest odważna, inteligenta i sprytna, ale popełniała również błędy. Podobało mi się w niej to, że nie uważała siebie za najwspanialszą na świecie, a uczyła się na własnych pomyłkach i potrafiła przeprosić. Jej ojciec, Masaru to postać troszkę tragiczna. Uzależniony od palenia mężczyzna, który nie może sobie poradzić z wychowaniem córki. Jednak mimo, że momentami było ciężko, udało mi się go zrozumieć. Ciekawym bohaterem jest też Kin, członek Gildii. Współczułam mu bardzo i kibicowałam. Hiro od razu wydawał mi się podejrzany i kompletnie nie przypadł mi do gustu. Kasumi i Akihito to bohaterowie dość ważni, ale wydaje mi się, że pominięci w kreacji. Mimo, że często występowali nie wiem o nich za wiele. Jednak można przymknąć na to oko. Bardzo podobała mi się postać Aishy, siostry szoguna, po której się tego nie spodziewałam. I najważniejsze czyli oczywiście nasz arashitora Buruu! Uwielbiam go! Jego więź z Yukiko, ich rozmowy to było coś tak ciekawego, pięknego i śmiesznego zarazem. Też bym takiego chciała mieć! 


"Pewnego dnia pojmiesz, że czasami wszyscy musimy coś poświęcić w imię czegoś większego."



Pojawia się tutaj też lekki wątek miłosny, ale zupełnie nie przyćmiewa on fabuły. Ma on maluteńką formę trójkąta, ale jest on taki bardzo, bardzo tyci. Bohaterka nawet nie ma zbytnio czasu, by się zastanawiać, wahać czy coś... Wszystko od początku jest jasne. Romans przybiera w tej książce delikatną formę, praktycznie przez połowę książki nie ma go wcale, a gdy już się pojawia to zupełnie w tle. 

Styl autora jest ciekawy. Jay Kristoff pisze dość opisowo, ale jego opisy nie są nudne. Są napisane ze smakiem i umiarem. Także nawet jeśli ich nie lubicie, to nie skreślajcie tej książki tylko dlatego. Na początku jest ich sporo, ale potem już coraz mniej. Ogólnie spodobał mi się styl tego autora. Pisze zrozumiale, interesująco i nie ma większych problemów z wyjaśnieniem nam zasad tego świata. Cóż, na początku wszystko wydaje się dziwne i skomplikowane, ale taki był pomysł autora i jakoś nam go wyjaśnić musiał. Nie mówiąc o tym, że to był dobry pomysł i gdyby był źle wyjaśniony to jego potencjał mógłby się zmarnować. A tak potencjał jest zdecydowanie wykorzystany w pełni! 


"Fakt, że stoisz wśród tłumu, nie oznacza, że do niego należysz."



Nie przedłużając, powiem krótko: jeśli ciekawi Was klimat tej książki, pomysł autora na fabułę i świat przedstawiony oraz dobrze wykreowani bohaterowie - nie wahajcie się! To zdecydowanie bardzo dobra książka, którą warto przeczytać. Ja będę się niedługo zabierać za kolejny tom i już nie mogę się doczekać! Mam nadzieję, że będzie równie dobry, albo jeszcze lepszy! (Niestety na razie słyszałam średnie opinie, więc zaczynam się obawiać, ale przeczytamy, zobaczymy...). Polecam!

Ocena: 9/10


Czytaj dalej »

Szklany tron: Zabójczyni - Sarah J. Maas

sobota, 9 czerwca 2018

Szklany tron to jedna z moich najukochańszych serii! Teraz, gdy już przeczytałam wszystkie części, łącznie ze wszystkimi nowelkami jest mi tak smutno, że na kolejną muszę jeszcze tak długo czekać... Wiem, że z twórczością Maas jest różnie - albo się kocha, albo nienawidzi. Ja zdecydowanie jestem w tej pierwszej grupie i z wielką chęcią przeczytałam kolejną część w tym świecie. 



Tytuł: Zabójczyni
Autor: Sarah J. Maas
Tłumaczenie: Marcin Mortka
Seria: Szklany tron
Wydawnictwo: Uroboros
Liczba stron: 508


Książka bierze udział w wyzwaniach:
Przeczytam tyle ile mam wzrostu: 3,3 cm
Więcej informacji o wyzwaniach TUTAJ


Zabójczyni to opowieść o życiu Celaeny sprzed wydarzeń ze Szklanego tronu, a w jej skład wchodzi 5 opowiadań: Zabójczyni i Władca Piratów, Zabójczyni i uzdrowicielka, Zabójczyni i Czerwona Pustynia, Zabójczyni i podziemny świat oraz Zabójczyni i Imperium Adarlanu


"- Przepraszam cię za to, co dzisiaj powiedziałam.
- Przeprosiny od Celaeny Sardothien? - Jego oczy błyszczały. - Czy ja śnię?"


Uważam, że najbardziej odpowiedni moment na przeczytanie Zabójczyni to przed 4 częścią. W Królowej cieni, a także w późniejszych tomach (czyli Imperium burz i Wieża świtu) wracają poszczególni bohaterowie z tego dawnego życia Celaeny. Ja niestety nie wiedziałam, że nowelki są tak ważne i nie wiedziałam kiedy powinnam je przeczytać.  Nie znaczy to, że nie można sięgnąć po Zabójczynię wcześniej - nie ma tutaj zdradzonych wielu szczegółów i nie ma spoilerów, ale moim skromnym zdaniem najlepiej przeczytać Zabójczynię znając 3 pierwsze tomy (bo można lepiej zrozumieć zachowanie Celaeny przed jej przemianą w Dziedzictwie ognia), ale przed 4 (bo czyta się o wiele przyjemniej znając już pojawiających się bohaterów z wcześniejszych nowelek). Cóż, ja niestety o tym nie wiedziałam i zbyt długo zwlekałam. Także jeśli jeszcze nie przeczytaliście Szklanego tronu to zapamiętajcie sobie ten moment, bo według mnie jest najbardziej optymalny. Jeśli jesteście w trakcie (np. po 3, 4 lub 5 tomie) to też czytajcie, bo znajomość nowelek przydaje się w każdej z następnych części :)

Czy w ogóle warto czytać nowelki? A może jest to konieczne by zrozumieć całą fabułę serii?
Tak, zdecydowanie warto, ale konieczne nie jest ;) Otóż, bez przeczytania tych opowiadań da się żyć, da się zrozumieć sens wydarzeń i ogólnie fabułę. Ale! Warto! Jeżeli lubicie Szklany tron to zdecydowanie warto! Najbardziej dlatego, że znajomość wydarzeń z tamtego okresu życia Celaeny bardzo się przydaje gdy czytamy następne części. Nie jest to obligatoryjne (bo Maas przypomina o tym i nawet bez przeczytania Zabójczyni mamy jasność sytuacji), ale miło jest znowu spotkać znanych nam już bohaterów i zobaczyć jak się zmienili i czego doświadczyli. A konsekwencje wydarzeń z nowelek bardzo dobrze widać w tych późniejszych częściach Szklanego tronu.

"Nienawidziła świata za to, że nadal trwał. Przyszło jej do głowy, że jeśli nigdy nie wstanie z łóżka i nie wyjdzie z tego pokoju, może nie będzie musiała trwać razem z nim."

Zabójczyni i Władca Piratów opowiada o wyprawie Celaeny oraz Sama do Zatoki Czaszek - siedziby piratów. Oczywiście konsekwencje tego wydarzenia widzimy potem, gdy bohaterka spotyka znowu Władcę Piratów w bodajże 5 części. Wracając do samego opowiadanka - bardzo mi się podobało. Przede wszystkim wreszcie poznałam Sama, którego wyobrażałam sobie zupełnie inaczej i było to dla mnie dużą niespodzianką. A tym bardziej jego relacja z Celeaną. Ogólnie całe opowiadanie dynamiczne, ciekawe i pokazujące, że w głębi duszy Celaena nie była taka zła.



Zabójczyni i uzdrowicielka - ta nowelka też była dla mnie zaskoczeniem, bo zupełnie nie spodziewałam się, że uzdrowicielką będzie bohaterka z Wieży świtu! I teraz już wiem, dlaczego Maas nie zrobiła takiego wielkiej tajemnicy z tej sprawy z liścikiem o pieniądzach - bowiem my już to powinniśmy wiedzieć z Zabójczyni! Dlatego tym bardziej polecam przeczytanie nowelek przed Wieżą świtu

"Niemy Mistrz powiedział jej, że każdy człowiek inaczej radzi sobie z bólem, Niektórzy usiłują go utopić, inni zaczynają go kochać, a jeszcze inni pozwalają, by przekształcił się w furię."

Zabójczyni i Czerwona Pustynia - tutaj wyjaśnia się sprawa z Ansel, czyli pojawiającej się chyba w Imperium burz bohaterce, która skądś znała już naszą Aelin. Teraz wiem już skąd. Powiem Wam, że to opowiadanie podobało mi się chyba najbardziej. Opowiadało o niesamowitym szkoleniu naszej zabójczyni pod okiem Niemego Mistrza, ale także o przyjaźni z Ansel, do której przywiązałam się podobnie co Celaena.

Zabójczyni i podziemny świat to opowieść o życiu dziewczyny pod okiem Arobynna Hamela, czyli Króla Zabójców. Ich relacja była bardzo ciekawa i dobrze wykreowana, co nie sprawia, że zapominam jakim Arobynn był okrutnym człowiekiem i jak bardzo manipulował ludźmi. Rozwinięta zostaje też więź Celaeny z Samem, którego swoją drogą bardzo polubiłam. Występuje tutaj też Lysandra i możemy zaobserwować również jej zmianę charakteru oraz relacji z Celaeną na przestrzeni lat. Akcja opowiadania jest szybka, dynamiczna i ciekawa, ale ja przewidziałam rozwiązanie zagadki dużo szybciej niż główna bohaterka. Ta nowelka najbardziej skupia się na pokazaniu jak wyglądało życie Celaeny w Twierdzy Zabójców - do czego dziewczyna była zdolna, ale też do czego ją zmuszano. 

"- Nazywam się Celaena Sardothien - szepneła. - I nie będę sie bać."

W Zabójczyni i Imperium Adarlanu wreszcie wyjaśnia się rzecz na którą czekałam najbardziej. Czyli opowieść o złapaniu Celeany do kopalni soli w Endovier i wszystkich okolicznościach z tym związanych. Bardzo mi się podobało i pokazało, że nasza zabójczyni nie jest taka idealna w każdym calu i ma swoje wady, ale oczywiście wiele zalet. 

Jeżeli lubicie Szklany tron i jesteście mniej więcej w tym przedziale, który wskazałam na początku to nie wahajcie się tylko sięgajcie po Zabójczynię! Jak widzicie - da się też przeczytać te nowelki po całej serii, ale wiem, że część osób zaczyna też przygodę ze Szklanym tronem właśnie od nich. Ja tylko wskazałam Wam najbardziej odpowiednią wersję :D Myślę, że każdy miłośnik ST powiniem to znać, dlatego jeśli się do takich zaliczacie - jak najbardziej polecam! <3

Ocena: 10/10


Za książkę dziękuję wydawnictwu Uroboros!

Czytaj dalej »

Toń - Marta Kisiel

środa, 6 czerwca 2018

Wiecie, że książki Marty Kisiel uwielbiam! Każda mi się spodobała i wywołała wiele uśmiechu na mojej twarzy. Uwielbiam styl, humor i pomysły Ałtorki (gdyby ktoś jeszcze nie wiedział, jest to błąd zamierzony :P), dlatego miałam wielkie oczekiwania do Toni (mam nadzieję, że właśnie tak powinno się ten tytuł odmieniać :P). Słyszałam, że tutaj Kisiel bardziej na poważnie, więc mogłam się nieco obawiać, ale z drugiej strony byłam prawie pewna, że to będzie coś niesamowitego. I wiecie co? Było to o wiele, wiele lepsze, niż się spodziewałam! :D


Tytuł: Toń
Autor: Marta Kisiel
Tłumaczenie: -
Seria: -
Wydawnictwo: Uroboros
Liczba stron: 315

Książka bierze udział w wyzwaniach:
Przeczytam tyle ile mam wzrostu: 2,8 cm
Więcej informacji o wyzwaniach TUTAJ



Wszystko zaczyna się od tego, że Dżusi Stern powraca do rodzinnego domu na prośbę swej ciotki. Dziewczyna wraca do swej siostry Eleonory, by pilnować mieszkania i wszystkich jego zakamarków. Niestety jej nieuwaga i nierozważność sprawiają, że do domu dostaje się dziwny mężczyzna. Jego wizyta rozpoczyna ciąg niefortunnych zbiegów okoliczności. Dżusi, Eleonora i ich ciotka Klara muszą zmierzyć się z demonami przeszłości i nowymi zagadkami, które czyhają na nie na każdym kroku. 


"- Wiesz co? Wiesz co?! A srał cię kot! [...]
Kot nie był zainteresowany współpracą w tym temacie."


Muszę się przyznać, że przed zakupem tej książki nawet nie czytałam jej opisu. W sumie to kierowałam się tylko i wyłącznie nazwiskiem autorki i jej spotkaniem na Targach Książki, bo jeśli jeszcze nie wiecie, mam tę książkę z autografem pani Kisiel. W każdym razie zupełnie nie wiedziałam co mnie czeka i zaczęłam czytać ją zupełnie w ciemno. Ale w niczym to nie przeszkadzało! Powieść od samego początku wciąga i pochłania. Pomysł jest wprost genialny. Na pewno bardzo oryginalny i niespotykany. Mamy tutaj wątek fantastyczny, ale Kisiel do całej magii i całej jej otoczki podchodzi inaczej niż wszyscy. Nie ma tutaj różdżek, czarodziejskich kapeluszy, magicznych stworzonek czy eliksirów. W magii tej książki trzeba po prostu... utonąć. Autorka wprowadziła w fabułę podróże w czasie, a tym samym wątek Wrocławia w trakcie wojny. Powiem Wam szczerze, że bardzo mnie to zaciekawiło i miło mi się czytało o tych czasach w tym mieście. Zdecydowanie Kisiel miała pojęcie o tym temacie, była przygotowana i czułam, że ma w tym zakresie potrzebną wiedzę. Jeśli chodzi o samo podróżowanie w czasie było to opisane dość chaotycznie, bo i chaotycznie się odbywało. Myślę, że ten chaos był zabiegiem celowym, bo mimo tego wszystko było dla mnie jasne i zrozumiałe. Czy rzeczywiście jest to książka bardziej poważna niż inne? Myślę, że tak, bo ma bardziej konkretną fabułę, w której wszystko dopięte jest na ostatni guzik. Jednak nie myślcie sobie, że Kisiel rezygnuje z humoru! Co to, to nie! Humor dalej jest i to w bardzo dużej dawce!

Informacja dla osób, które nie czytały poprzedniej książki Kisiel Nomen Omen: otóż, fajnie jest ją znać przed przeczytaniem tej. Nie jest to bardzo konieczne, nie jest obligatoryjne, ale w Toni wyjaśnia się pewna sprawa związana z Nomen Omen i po prostu nie warto psuć sobie przyjemności z poznawania tej zagadki i jej rozwiązania od początku do końca. W Toni pojawiają się bohaterki z Nomen Omen - siostry Bolesne. Było to bardzo fajne i ciekawe, bowiem te panie bardzo, bardzo polubiłam i miło było się z nimi po raz kolejny spotkać :) Jeżeli nie przeszkadzają Wam małe spoilery - czytajcie, jednak wydaje mi się, że o wiele lepiej i przyjemniej przeczytać Toń po zapoznaniu się z Nomen Omen ;)


"- O, przepraszam, do Ramzesa wcale się nie wdzięczyłam!
- Uważaj, bo ci uwierzę.
- Okej, może trochę, ale czy ty widziałaś jego kości policzkowe?
- Dżusi, ten człowiek jest niebezpieczny!
- Ale za to mielibyśmy takie śliczne dzieci..."


Na samym początku poznajemy Dżusi Stern. Jest to bohaterka o dziwnej ksywce (Jej prawdziwe imię to Justyna i nijak mi pasował do niego ten pseudonim, nawet gdy już wyjaśniło się jego pochodzenie). Sama Dżusi to jest jednak bohaterka bardzo pozytywna, której nie sposób nie polubić. Ma cięty język, jest nieco roztrzepana i nieogarnięta, ale w ogólnym rozrachunku jest wspaniała. Jej siostra, Eleonora to zupełnie inna osoba. Rozważna, poukładana i wszystko musi przemyśleć 5 razy, zanim to zrobi. Nie myślcie sobie jednak, że jest to nudna postać. Wcale, a wcale! El też ma bardzo ciekawy charakter i jest interesującą i ważną dla fabuły bohaterką, ale konkretnie dlaczego - tego Wam nie zdradzę. Jedna z największych niespodzianek, jeśli chodzi o bohaterów czyli ciotka Klara to jest genialnie wykreowana postać. Przez siostry Stern kreowana jako ta zła, najgorsza i bezduszna, a tak naprawdę jest to... cóż, to musicie odkryć sami. Przez akcję przewija się jeszcze masa innych bohaterów. Intrygujący i tajemniczy Ramzes, który gdy tylko pojawiał się na horyzoncie wywoływał we mnie wielką ciekawość swoją osobą. Wspomniane już siostry Bolesne, które znałam z Nomen Omen i bardzo miło było znowu spotkać je tutaj i dowiedzieć się jak sobie żyły przedtem (bowiem akcja Toni dzieje się przed Nomen Omen). Mamy też niesamowicie fajtłapowatego, ale kochanego Karolka, a także interesującego Gerda, który też mnie oczarował swoim sposobem bycia i relacją z Gwiazdeczką (żeby nie spoilerować tym co nie czytali :P), ciekawe są również panie Bimbowe, a szczególnie jedna gadatliwa sąsiadka oraz ich wnuk, który niby jest taki nieobecny, a w pewnym momencie ma kluczowe znaczenie. Podsumowując bohaterowie są wykreowani wspaniale - z charakterem, osobowością i zdecydowanie wszystkich polubiłam.

Uwielbiam styl pani Kisiel! Jest taki, taki... oryginalny! Naprawdę, gdybym dostała jakiś jej tekst, bez wiedzy, że to ona jest jego autorką, po chwili bym go rozpoznała. Ałtorka pisze bardzo obrazowo, ciekawie, umie budować napięcie, ma bardzo duży i ciekawy zasób słownictwa i jej książki są dopracowane w każdym calu. I jeszcze ten humor... <3


"- Zawsze powtarzam, że nie wolno ufać niskim ludziom, bo im się serce w gównie macza."


Toń można przeczytać w poszukiwaniu rozrywki, ale także bardzo ciekawego pomysłu i genialnie poprowadzonej fabuły. Ja się w ciągnęłam, przepadłam i po prostu utonęłam. Zdecydowanie polecam i jeśli jeszcze nie czytaliście żadnej z książek Kisiel to jak najszybciej proszę nadrobić zaległości! Mam nadzieję, że i Wy utoniecie w jej twórczości!

Ocena: 10/10


Czytaj dalej »

Bullet Journal - co to jest i jak mi pomaga w blogowej organizacji?

niedziela, 3 czerwca 2018




Dzisiaj przedstawiam Wam mój Bullet Journal! Ciekawi co to? Może ktoś z Was wie, może nie, ale po krótce postaram się wyjaśnić, o co chodzi, jak się do tego zabrać i czy to rzeczywiście zdaje egzamin! 

Bullet Journal to zeszyt, dziennik czy czasami forma pamiętnika, który z założenia służy do organizacji czasu. Tradycyjne BuJo to kalendarz miesięczny, tygodniówki bądź dniówki oraz habit tracker. Można również prowadzić tam zapiski dot. ilości snu, wagi, picia wody, organizację bloga, social media, książki przeczytane, książki do przeczytania, filmy obejrzane i te planowane i wiele, wiele innych. Za chwilę opiszę Wam parę z tych przykładów i powiem, czy u mnie się to sprawdza i jakie ja znalazłam dla siebie rozwiązanie. Ja mój dziennik założyłam we wrześniu 2017 roku. Dlatego myślę, że na przestrzeni tych 9 miesięcy mogę wypowiedzieć się na temat moich sposobów na organizację czasu w tym zeszycie. 


W moim BuJo na samym początku każdego miesiąca jest oczywiście strona tytułowa. Dla każdego z poszczególnych miesięcy wymyślam sobie inny motyw przewodni, związany chociażby z pogodą i porą roku. Powyżej możecie sobie obejrzeć wszystkie strony tytułowe, jakie udało mi się stworzyć. Zdaję sobie sprawę, że nie są to jakieś dzieła sztuki, ale mi wystarcza. Jestem na facebookowej grupie posiadaczy BuJo, gdzie ludzie dzielą się swoimi stronami i to, co oni tam tworzą przerasta moje wszelkie możliwości. Ale mimo wszystko jestem z mojego dziennika zadowolona. Z jednych stron bardziej, z innych mniej, ale przede wszystkim ma być czytelnie, a nie pięknie :) 

Na początku roku 2018 zrobiłam sobie całoroczny kalendarz, w którym czasami zaznaczam różne wydarzenia zaplanowane z dużym wyprzedzeniem albo niezmienne daty, takie jak urodziny czy imieniny bliskiej osoby. 

Na początku każdego miesiąca mam też kalendarz miesięczny. Wydarzenia zaplanowane wpisuje do niego ołówkiem (chyba, że są to urodziny, święta), bo nigdy nie wiadomo czy coś się nie zmieni. Gdy jest już po, przepisuję długopisem. 


W większości BuJo możecie się spotkać z określeniem dniówki lub tygodniówki. Jest to sposób na zapisywanie czynności do zrobienia danego dnia. Czym różni się tygodniówka od dniówki? Jeśli się nie mylę, chodzi o to, że tygodniówka zrobiona jest z wyprzedzeniem, natomiast dniówki robi się na bieżąco i zostawia się tyle miejsca, ile potrzeba. Na samym początku robiłam sobie tygodniówki na całe dwie strony, czyli na każdy dzień miałam bardzo dużo miejsca. Niestety okazało się, że wiele dni pozostawało pustych, bo nie miałam co wpisać, bądź nie miałam na to czasu. Z każdym kolejnym miesiącem zmniejszałam miejsce, 
w końcu spróbowałam zrobić dniówki, ale okazało się, że to też nie jest rozwiązanie dla mnie. Potem stwierdziłam, że nie jest mi potrzebne opisywanie każdego dnia po kolei i jedna strona była tygodniówką, natomiast teraz wystarczy mi jedynie pół strony ;) 

Zastanawiacie się co to za tabelki przy każdym tygodniu? Fachowa nazwa to habit tracker, a jest to po prostu monitorowanie swoich codziennych nawyków. Do moich należą między innymi czytanie książki, przeglądanie blogów (to zawalam prawie non stop - przepraszam) i uzupełnianie BuJo, co też nie zawsze mi wychodzi doskonale, ale o systematyczności za chwilę :) Na początku robiłam go na cały miesiąc, potem stwierdziłam, że lepiej to funkcjonuje tygodniami. 

Prowadzę również zapisy dot. miesięcznych wydatków, tak żeby mieć jasny pogląd na moją finansową sytuację ;)


W moim dzienniku jest również miejsce na tabelkę związaną z postami na blogu. Tutaj też lubię utrzymywać regularność i takie rozplanowanie bardzo mi pomaga. Niestety nie zawsze udaje się wszystko dokładnie zaplanować, ale warto próbować. W tabeli zaznaczam datę i tytuł posta, a także wpisuję plusik po zrobieniu zdjęcia (Z), napisaniu (N), zrobieniu metryczki (M), opublikowaniu (O) i podlinkowaniu recenzji w zakładce (L). Od maja dodałam również opublikowanie informacji na fanpage'u oraz instagramie :)

Umieszczam też informacje o przeczytanych książkach i zapisuję przy nich datę skończenia, wydawnictwo, tłumacza, liczbę stron i info do wyzwań. To pomaga mi potem w ogarnięciu metryczek do recenzji, ale także podliczenia przeczytanych stron czy centymetrów do podsumowania. 

Na ostatnich stronach dziennika zapisuję swoje postępy w wyzwaniach co jest pomocne przy podsumowaniach i uzupełnianiu w zakładkach. 

Jak już wspomniałam w BuJo można stosować wiele, wiele różnych rozwiązań i to mi się chyba w nim najbardziej podoba. Nie ma tutaj gotowego szablonu, każdy może dostosować swój dziennik do własnych potrzeb, a także ozdobić go według uznania. Najlepsze jest to, że można sobie wypróbowywać nowe, inne rozwiązania i wybrać dla siebie te, które nam najbardziej odpowiada. Każdy może zapisywać tutaj co innego. Kiedyś zapisywałam na wykresie mój humor każdego dnia, ale potem uznałam to za niepotrzebne. Niektórzy monitorują swoją ilość snu, zapisują cele, motywacyjne cytaty. Pomaga to też w nauce, w kalendarzu zapisuję sobie zbliżające się sprawdziany i kartkówki i wiem, czego mam się uczyć najpierw ;)



Bullet Journal - czy dla wszystkich? Co z systematycznością i materiałami?

Na pewno nie jest dla wszystkich. Trzeba zdać sobie sprawę, że bez regularności to nie wypali. Najlepiej zapisywać wszystko codziennie, bo potem wiele rzeczy umyka. Nie wszyscy lubią też prowadzenie takiego dziennika. Co u mnie z systematycznością? Niestety często zdarza mi się, że przez kilka dni nawet nie zaglądam do BuJo, ale pracuję nad tym. Jeżeli czujesz, że to coś dla ciebie to nie szkodzi spróbować :) Jak się do tego zabrać? Nie musicie od razu kupować specjalnego zeszytu czy flamastrów. Wystarczy spróbować z zwykłym zeszycie w kratkę rozplanować sobie jeden miesiąc. Jeśli to polubicie, można zacząć w "profesjonalnym" zeszycie. Co to za zeszyt? Na pewno zauważyliście już kropki na stronach. Powiem Wam, że z początku nie byłam przekonana do tego wynalazku, ale to naprawdę się sprawdza! Kropki są super, nie są tak ordynarne jak kratki czy linia i ładnie wyglądają, a do tego są bardzo praktyczne w wymierzaniu odległości i rysowaniu. Jeśli chodzi o mazaki to korzystam ze zwykłych kolorowych cienkopisów. Są specjalne brushpeny, których używa większość posiadaczy BuJo, ale ja nie czułam potrzeby ich kupowania i doskonale radzę sobie tymi cienkopisami ;)

Podsumowując, BuJo to dla mnie zdecydowanie bardzo dobry organizer czasu. Dzięki temu, że sama mogę modyfikować to planowanie jest to bardzo produktywna i dobra metoda. 

Spodobała Wam się idea Bullet Journalu? A może ktoś już prowadzi taki dziennik? Może macie inne sposoby na organizację? Pochwalcie się swoimi metodami (lub ich brakiem :D) w komentarzu :)

Czytaj dalej »

Copyright © Szablon wykonany przez Blonparia