wtorek, kwietnia 23, 2019

Alyssa z innej krainy #1: Alyssa i czary - A. G. Howard

Alyssa z innej krainy #1: Alyssa i czary - A. G. Howard
Osobiście bardzo lubię Alicję w Krainie Czarów, dlatego byłam ciekawa tej książki od samego początku. W pierwszym momencie zachwyca ona okładką, a potem tym, co znajduje się w środku. Chcecie przekonać się jak mi do gustu przypadła interpretacja Krainy Czarów w wykonaniu A. G. Howard? Zapraszam do czytania!


Tytuł: Alyssa i czary
Autor: A. G. Howard
Tłumaczenie: Janusz Maćczak
Seria: Alyssa z innej krainy
Wydawnictwo: Uroboros
Liczba stron: 445
Poprzednia część: -
Następna część: Alyssa i obłęd
Przeczytam tyle ile mam wzrostu: +3,3 cm

Alyssa jest potomkinią słynnej Alicji Liddel, która zainspirowała Lewisa Carrolla do napisania "Alicji w Krainie Czarów". Na wszystkich kobietach z jej rodziny ciąży klątwa. Widzą i słyszą różne dziwne rzeczy, rozmawiają z owadami i popadają w chorobę psychiczną. Alyssa nie chce podzielić losu matki i trafić do szpitala psychiatrycznego, dlatego wyrusza na niebezpieczną wyprawę do króliczej nory, by zdjąć ze swojej rodziny klątwę i uratować swoją matkę. Jednak Kraina Czarów okazuje się być dużo mroczniejsza, niż w opowieści o Alicji i pełna niespodzianek, które mogą okazać się bardzo zgubne dla Alyssy.

Na uwagę zasługuje przede wszystkim genialny pomysł autorki, która wykorzystała Krainę Czarów Lewisa Carrolla, ale przedstawiła ją zupełnie inaczej i w innym świetle. Tutaj ten świat jest dużo mroczniejszy, złowrogi i niebezpieczny. Autorka rozszerzyła tę krainę i nadała jej innego charakteru. Książka zawiera wspaniałe opisy, które pochłaniałam i dzięki nim mogłam sobie bardzo dokładnie wyobrazić miejsca wydarzeń. Byłam pod wrażeniem całego świata przedstawionego wykreowanego przez autorkę i jej niesamowitych pomysłów i wyobraźni. Fabuła książki wciąga, w kulminacyjnym momencie wręcz nie można się od niej oderwać, a przede wszystkim wydarzenia zaskakują. Mamy tutaj sporo zwrotów akcji, ciekawych rozwiązań poszczególnych wątków i masę nieprzewidywalnych sytuacji. Chciałam wiedzieć co będzie dalej, a tym samym czytałam, czytałam i czytałam... 

"Bez względu na to, co się wydarzy, znowu odnajdziemy się nawzajem. Jesteś moją linią bezpieczeństwa. I zawsze będziesz."

Trzeba przyznać, że w książce znajdziemy trójkąt miłosny, co często jest bardzo irytującym schematem, ale na szczęście tutaj nie przeszkadza tak bardzo. Nie jest to główny wątek, a jedynie dodatek. Bohaterka nie jest w ciągłej rozterce i książka nie jest przesycona jej monologami wewnętrznymi, którego bardziej kocha. Co więcej, obaj panowie są bardzo ciekawymi postaciami, choć zdecydowanie bardzo schematycznymi, bo w trójkątach miłosnych najczęściej jeden jest tym dobrym, szlachetnym i uczciwym, a drugi jest tym złym, ale ujmującym. Natomiast obu udało mi się polubić, więc ogólnie, mimo trójkąta miłosnego, jest to w miarę przyjemny wątek. 


Bohaterowie książki są naprawdę dobrze wykreowani. Główna bohaterka nie jest irytująca, a inteligenta i charakterna. Kibicowałam jej i z ciekawością śledziłam jej losy. Radziła sobie w trudnych sytuacjach, nie poddawała się, choć była trochę naiwna. Jeba na samym początku nie bardzo polubiłam, bo wydawał mi się taki oschły i odrzucał Alyssę od siebie nie zważając na jej uczucia. Natomiast później, gdy wszystko się wyjaśnia, Jeb staje się kochany i bardzo oddany i tę jego wersję uwielbiam. Morpheus jest przede wszystkim intrygujący. Jego tajemniczość i urok osobisty sprawiają, że można się w nim zauroczyć i tak też się stało ze mną. Uwielbiam go, choć jest czasem irytujący. Myślę, że nie ma co rozwodzić się nad resztą bohaterów, ale musicie wiedzieć, że są wykreowani znakomicie i jestem pod wielkim wrażeniem, jak autorka sobie z tym poradziła. Szczerze mówiąc, jestem troszkę zawiedziona jej przedstawieniem Szalonego Kapelusznika, którego zawsze uwielbiałam, a w tej książce jest trochę pominięty i można było lepiej wykorzystać potencjał tej postaci.

Styl autorki jest bardzo plastyczny. Umie budować napięcie i zaciekawić czytelnika. Buduje także wspaniałe opisy świata przedstawionego. Książkę czyta się szybko, jest lekka i przyjemna w odbiorze, a do tego zachwycająca. Jest pisana w pierwszej osobie, oczywiście z perspektywy Alyssy, w czasie teraźniejszym, co sprawiło, że mogłam przeżywać wszystko razem z bohaterką i było to według mnie bardzo dobre rozwiązanie.

Podsumowując, polecam tę książkę wszystkim fanom Alicji w Krainie Czarów i nie tylko. Jeśli jesteście ciekawi, jak autorka przedstawiła i rozszerzyła ten świat i całą historię i chcecie przeczytać dobrą książkę w tych klimatach to bez wahania możecie sięgać po tę pozycję. Ja jestem oczarowana <3 

Ocena: 9/10



poniedziałek, kwietnia 15, 2019

Fantastycznie zaserialowana #2: Dom z papieru (La Casa de Papel) i Szkoła dla elity (Elite)

Fantastycznie zaserialowana #2: Dom z papieru (La Casa de Papel) i Szkoła dla elity (Elite)
Jak już mogliście zauważyć jakiś czas temu bardzo wciągnęłam się w oglądanie seriali. Oczywiście nie znaczy to, że zrezygnowałam z książek, bo cały czas je czytam i uwielbiam, ale prawdą jest to, że ostatnio muszę w jakimś stopniu godzić seriale czy filmy z książkami. Nie mówię, że to źle, a po prostu inaczej, bo wcześniej nie oglądałam tak dużo. Myślę jednak, że dużo łatwiej jest popatrzeć się w ekran komputera, niż poczytać książkę i po męczącym dniu często wybieram właśnie tę opcję. W najbliższym czasie, oprócz książkowych recenzji, będą się tutaj pojawiać także posty o serialach oraz filmach. Postaram się jednak, żeby nie było to za często, bo ten blog nadal jest blogiem przede wszystkim o książkach, jednak nie ukrywam, że na razie mam dużo więcej recenzji seriali, niż książek... 

Jesteście też pewnie ciekawi jak poszło mi na egzaminie gimnazjalnym :) Przede wszystkim dziękuję Wam bardzo za komentarze pod podsumowaniem marca, gdzie życzyliście mi powodzenia! Z egzaminów jestem ogólnie zadowolona, z wyjątkiem przedmiotów przyrodniczych, bo ich nie napisałam. W czwartek rano obudziłam się z jakimś zatruciem pokarmowym: bólem brzucha, biegunką i wymiotami, więc nie poszłam na pierwszy egzamin, a dotarłam dopiero na matematykę. Było to dla mnie bardzo ciężkie doświadczenie, ale już pogodziłam się z tym, że ten test napiszę w czerwcu. 

Przejdźmy jednak do seriali, o których dzisiaj Wam opowiem. Zestawiłam ze sobą te dwie produkcje, ponieważ są one podobne jeśli chodzi o język hiszpański i powielających się niektórych aktorów, mimo, że ich tematyka jest zupełnie inna ;) Opis pod tytułem pochodzi z filmwebu.




 DOM Z PAPIERU - LA CASA DE PAPEL


Ośmioro zamaskowanych przestępców napada na hiszpańską mennicę narodową. Ich przedstawicielem jest tajemniczy Profesor, który prowadzi negocjacje z policją. 

Dom z papieru to chyba najlepszy serial, jaki do tej pory oglądałam. Zupełnie się nie spodziewałam, że aż tak mi się spodoba i wywoła we mnie takie emocje. Na uwagę zasługuje przede wszystkim pomysł. Pomysł, który jest tak świetny, że czasami aż nie możecie uwierzyć, jak ktoś mógł na coś takiego wpaść. Plan Profesora, ale tak naprawdę twórcy serialu jest niesamowity. Napastnicy są idealnie wyszkoleni, są przygotowani na każdą ewentualność, nic nie może pójść nie tak i wydaje się, że wszystko zostało dokładnie przemyślane i przywidziane. Fabuła serialu to po prostu jedno wielkie wow

Napastnicy mają zakaz ulegania emocjom, a tym samym zakaz łączenia się w pary, zakaz miłości. Oczywiście po tak długim czasie stają się dla siebie bardzo bliscy, pojawia się między nimi przyjaźń, a tym samym inne uczucia. Serial pokazuje, że nie da się wyeliminować emocji ze swojego życia, bo między bohaterami pojawia się miłość, a nawet Profesor jej ulega. Jest to jednak element, który może wszystko zniszczyć. Cały misterny plan napaści mogą zepsuć właśnie emocje i uczucia.

Postacie są wykreowane i ukazane przez aktorów naprawdę wspaniale. Każdy z ósemki napastników jest inny, inaczej odbiera napad i ulega innym emocjom. Gra aktorska jest na naprawdę wysokim poziomie i jestem pod wrażeniem, jak aktorzy poradzili sobie z odgrywaniem scen tego serialu. Nie będę opisywać każdego bohatera po kolei, a jedynie tych, którzy naprawdę są charakterystyczni i mogę o nic sporo powiedzieć. Na pierwszy ogień idzie Tokio (Úrsula Corberó), która mnie osobiście bardzo irytowała. Stawiała na szali cały plan, jej irracjonalne i głupie decyzje mogły wszystko popsuć, a ona egoistycznie narażała innych na niebezpieczeństwo. Rio (Miguel Herrán) denerwował mnie tak samo mocno. Nie widział świata po za Tokio i robił wszystko dla niej, a przy tym zupełnie nie myślał, co w ogóle robi. Moim ukochanym bohaterem jest Denver (Jaime Lorente), którego naprawdę uwielbiam <3 Berlin (Pedro Alonso) to idealny obraz psychopaty i uwielbiam twórców za tego bohatera. Jest ganialny! Nairobi (Alba Flores) ma wspaniały charakter. Pokochałam także Moskwę (Paco Tous), a Helsinki (Darko Peric) i Oslo (Roberto García Ruiz) wzruszali mnie swoją relacją. Jednak moim ukochanym bohaterem, który jest naprawdę niesamowity jest oczywiście Profesor (Álvaro Morte), bez którego ten serial nie byłby taki sam. Jest to genialna postać. Bardzo polubiłam też Raquel (Itziar Ituño).

Bardzo się wciągnęłam w ten serial. Oglądałam odcinek za odcinkiem i musiałam wiedzieć co będzie dalej! Jest to jeden z najlepszych, jeśli nie najlepszy serial, jaki oglądałam i bardzo Wam go polecam. Ja nie mogę się już doczekać trzeciego sezonu, który już w lipcu! <3










 SZKOŁA DLA ELITY - ELITE

Kiedy do ekskluzywnej hiszpańskiej szkoły trafia trójka pochodzących z klasy robotniczej uczniów, dochodzi do tragedii.


Szkołą dla elity zainteresowałam się przede wszystkim dzięki aktorom, których znałam z Domu z papieru i to w sumie dlatego postanowiłam obejrzeć ten serial, nawet nie wiedząc o czym tak naprawdę jest. Serial opowiada o hiszpańskiej szkole, do której chodzą dzieci z bogatych rodzin. Dochodzi tam do tragedii, gdyż jedna z uczennic zostaje zamordowana. Mamy tutaj przede wszystkim historię sprzed zabójstwa i zostaje nam ukazane jak do niego doszło i jakie sytuacje do niego doprowadziły, ale także momenty śledztwa, w których policja stara się dowiedzieć, kto tego dokonał. Tożsamość zabójcy zostaje nam wyjawiona dopiero w ostatnim odcinku i muszę Wam powiedzieć, że nie udało mi się tego przewidzieć i mnie to zaskoczyło. 



Serial mi się podobał, choć nie jest szczególnie wybitny. Od początku wiemy, że Marina została zamordowana, więc nie jest to żaden spoiler, ale muszę powiedzieć, że ten zamysł twórców jakoś nie przypadł mi do gustu. Chyba wolałabym o tym nie wiedzieć, choć z drugiej strony zdaję sobie sprawę, że chodziło właśnie o to, żeby widz zastanawiał się, kto ją zabił i jak do tego doszło. Sama historia to w sumie przede wszystkim szkolna rzeczywistość nastolatków, romanse i konflikty. Momentami kojarzyło mi się to z Trzynastoma powodami, bo tematyka była nieco podobna, chociaż przyczyna śmierci dziewczyny inna. 

Szczerze mówiąc, nie polubiłam głównej bohaterki Mariny (María Pedraza). Jakoś niezbyt podpasował mi jej charakter i mnie denerwowała. Tak samo Samuel (Itzan Escamilla) był taki dziwny, niezbyt wyrazisty i ogólnie nie zapałałam do niego wielką sympatią. Nie znaczy to, że ci bohaterowie byli beznadziejni i nie mogłam ich znieść. Po prostu nie wywołali we mnie dużo emocji i tak sobie się z nimi polubiłam. Zdecydowanie inaczej mają się sprawy z Nadią (Mina El Hammani) i Guzmanem (Miguel Bernardeau), których uwielbiam i naprawdę są świetnymi bohaterami! Z zaciekawieniem śledziłam ich losy i bardzo ich polubiłam. Ciekawymi postaciami są także Nano (Jaime Lorente) oraz Omar (Omar Ayuso), a także Carla (Ester Expósito) i jej chłopcy, czyli Polo (Álvaro Rico) i Christian (Miguel Herrán). Gra aktorska bohaterów jest bardzo dobra. Świetnie odwzorowują emocje i relacje między sobą.

Podsumowując, jest to bardzo ciekawy i przyjemny serial. Miło mi się go oglądało, wiele elementów mnie zaskoczyło. Jest wciągający i trzyma w napięciu. Polecam, szczególnie fanom Domu z papieru, bo mimo, że to nie ta sama tematyka to ciekawie jest zobaczyć tych samych aktorów w innej produkcji. 



piątek, kwietnia 12, 2019

Royal #1: Królestwo ze szkła - Valentina Fast

Royal #1: Królestwo ze szkła - Valentina Fast
O Royal słyszałam wiele różnych opinii. Niektóre pozytywne, niektóre negatywne, a jeszcze inne po prostu określały tę książkę jako przeciętna. Już z samego opisu można wywnioskować, że jej fabuła jest podobna do Rywalek, które osobiście bardzo lubię, dlatego z chęcią sięgnęłam po tę powieść. Nie spodziewałam się nic wielkiego, myślałam, że będzie to po prostu miła historia, w stylu Rywalek, na jeden czy dwa wieczory. A wyszło, jak wyszło...


Tytuł: Królestwo ze szkła
Autor: Valentina Fast
Tłumaczenie: Miłosz Urban
Seria: Royal
Wydawnictwo: Media Rodzina
Liczba stron: 250
Poprzednia część: -
Następna część: Kraina jedwabiu
Przeczytam tyle ile mam wzrostu: 1,8 cm

Tatiana jest wychowywana przez surową ciotkę, która nie pozwala wyprowadzić jej się z domu dopóki nie wyjdzie za mąż. Tania pragnie prawdziwej miłości i zakochania, ale jeszcze nigdy nie trafiła na właściwą osobę. Gdy jej ciotka  dowiaduje się o Wyborze organizowanym przez rodzinę królewską, szantażem zmusza Tanię do uczestnictwa w tym wydarzeniu. Nikt jednak nie wie jak wygląda książę, a kandydatki poznają aż czterech młodzieńców i nie będą wiedziały, który z nich jest prawdziwym następcą tronu...

Podeszłam do czytania tej książki bardzo pozytywnie. Byłam ciekawa jak, na pozór, taki sam pomysł co w Rywalkach, zostanie przedstawiony tutaj. Początek nawet mi się podobał. Przedstawione mamy tutaj Królestwo pod kopułą. To znaczy, że gdy zbliżała się wojna nuklearna zbudowano taką kopułę, za którą nic nie mogło się przedostać i utworzono w niej państwo, odizolowane od reszty świata. Spodobała mi się ta koncepcja i była bardzo dobrze przedstawiona. Świat wykreowany przez autorkę jest ciekawy i to jest jeden z bardzo niewielu (a tak naprawdę znalazłam jedynie dwa) plusów tej książki. 

Kolejną rzeczą, która mi się podobała był sam koncept Wyboru. Przepraszam, że cały czas porównuję tę książkę do Rywalek, ale mamy do czynienia praktycznie z taką samą fabułą, więc nie da się tego uniknąć podczas czytania i recenzowania. Otóż w Rywalkach, Eliminacje były takimi zwykłymi zadaniami, które wykonywały kandydatki, by przypodobać się Maxonowi, a później przechodziły selekcję. Tutaj jest to rozwiązane nieco ciekawiej. Oprócz tego, że dziewczyny chodzą na różne nauki, mają różne zajęcia i konkurują ze sobą, nie wiemy kto jest księciem. Jest tutaj czterech młodzieńców i tak naprawdę każdy z nich może okazać się następcą tronu. Ani kandydatki, ani czytelnik nie wie, który z nich nim jest i to jest w sumie jedyna rzecz, która sprawiała, że chciałam czytać tę książkę dalej. Gdyby nie to, już w połowie bym się poddała... Niestety okazało się, że tożsamość księcia nie jest wyjawiona w tym tomie i z tego co widziałam opisy pozostałych części, to można się tego spodziewać dopiero w czwartym, dlatego nie zamierzam męczyć się z tą serią dalej, tylko po to, by się tego dowiedzieć (jakby ktoś z Was czytał i wiedział, który z nich jest księciem, to chętnie się dowiem - naprawdę, to jest jedyny interesujący mnie wątek :P). 

Przechodząc do minusów, bo mam wrażenie, że do tej pory pisałam o pozytywnych aspektach tej książki, mimo, że kompletnie mi się nie podobała. Przede wszystkim jest to kreacja bohaterów, a w szczególności naszej głównej bohaterki. Tania to dziewczyna, która nie chce brać udziału w całym tym wydarzeniu. Została do tego zmuszona szantażem i w ogóle uważa, że to wszystko jest totalnie bez sensu. Natomiast wyobraźcie sobie, że po kilku dniach, ona już boi się, że jej nie wybiorą do dalszych konkurencji, chce pozostać jak najdłużej w pałacu, zaprzyjaźnia się z konkurentką i zostają przyjaciółkami na śmierć i życie, a co najlepsze zakochuje się w jednym z nich, chociaż cały czas zarzeka się, że go nienawidzi, a nogi miękną jej przy każdym z czterech panów. Jakby tego było mało, sama Tania twierdzi, że ona nadal sądzi, że Eliminacje to głupota, mimo, że tak bardzo się we wszystko angażuje. Sami "następcy tronu" też nie są jakoś idealnie wykreowani. Phillip ma jakieś rozdwojenie jaźni, bo w jednym momencie jest bardzo niemiły dla Tani, a w drugiej chwili jest czuły i wrażliwy... Fernand jest nawet znośny, a o dwóch pozostałych bardzo niewiele wiemy. Można powiedzieć, że udało mi się polubić Claire, chociaż też mnie nieco denerwowała. Ogólnie bohaterowie i ich zachowanie to dla mnie totalna porażka.


O wątku miłosnym nie chce mi się nawet pisać, bo jest totalnie beznadziejny. Oczywiście mowa o Tatianie i Phillipie, których rzekoma relacja jest wzięta z kosmosu. Nie jest ani trochę prawdziwa, uczuciowa i przyjemna do czytania, a po prostu nijaka. 



Styl autorki też nie jest najlepszy. Książkę przeczytałam szybko, ale chyba tylko dlatego, że jak najszybciej chciałam ją skończyć. Dialogi są wymuszone, przeważają rozmyślania wewnętrzne Tani, a na przestrzeni 250 stron nie dzieje się tak naprawdę nic. 

Książka zdecydowanie nie przypadła mi do gustu. Bardzo się z nią męczyłam. Sam koncept był a miarę ciekawy, ale wykonanie pozostawia bardzo wiele do życzenia. Nie polecam Wam tej książki, chyba że chcecie poczytać o idiotycznie zachowującej się dziewczynie i jej perypetiach miłosnych, na które teoretycznie nie ma ochoty. To brzmi tak bez sensu, że nawet to jedno zdanie powinno Was do tej książki zniechęcić. Jeśli chcecie poznać miłą historię w tych klimatach, to polecam Rywalki ;)

Ocena: 4/10


poniedziałek, kwietnia 08, 2019

Podsumowanie marca

Podsumowanie marca
Na wstępie chciałabym serdecznie przeprosić za dwie rzeczy. Po pierwsze to podsumowanie ukazuje się dopiero teraz, ale wcześniej nie miałam na to czasu. Druga sprawa to moja mała aktywność - i tutaj, i na Waszych blogach. Bardzo za to przepraszam. Niestety przez przygotowania do egzaminu gimnazjalnego, który już za dwa dni (!!!), a także dni otwarte w liceach, nie miałam nawet chwili by coś tu napisać, przeczytać jakąś książkę czy zajrzeć do Was. Mam nadzieję, że już po egzaminach będę miała zdecydowanie więcej czasu. Ostatnio nawet pojawiły się u mnie myśli o zawieszeniu bloga. W końcu mało co tutaj piszę, a jak już coś się pojawi, to czyta to garstka osób. Jednak stwierdziłam, że nie będę się tak łatwo poddawać i nawet jeśli miałabym tutaj powracać milion razy, to będę powracać, bo to uwielbiam!

Z drugiej strony czasami zastanawiam się, czy ten brak czasu to nie jest tylko jakaś głupia wymówka. Pomijając całą naukę, której naprawdę miałam dużo, ostatnio oglądam bardzo dużo seriali. Jakoś po męczącym dniu bardziej ciągnie mnie do obejrzenia czegoś, niż do sięgnięcia po książkę. Jestem trochę rozdarta, bo czeka na mnie stosik naprawdę cudownie zapowiadających się powieści, a ja po prostu nie mam siły, by je czytać, więc wolę obejrzeć jakiś serial w ramach odpoczynku. Jednak myślę, że po egzaminach będę miała czas zarówno na książki, jak i na seriale. 


Przejdźmy więc do podsumowania tego miesiąca, które przedstawia się naprawdę marnie... Na początku marca udało mi się przeczytać 3 książki, potem również czytałam, tylko że były to repetytoria gimnazjalne :D Blogowo także zaliczyłam totalną porażkę, nie pamiętam, kiedy ostatnio pojawiło się tutaj tak mało postów. Skutkiem tego jest bardzo mała liczba wyświetleń i to, że najpopularniejszym postem była recenzja Złodzieja Pioruna ze stycznia 2015 :D Cóż... Cieszę się, że ktoś na nią trafił :P

Książki tego miesiąca nie były duże objętościowo, stąd liczba stron również nie jest zbyt wysoka. Zdecydowanie najlepsza książka marca to Oczy Uroczne Marty Kisiel. Wiecie, że uwielbiam Ałtorkę i tym razem również mnie nie zawiodła! Więcej o tej powieści możecie przeczytać w mojej recenzji. Zbrodnia i Karaś Aleksandry Rumin bardzo mnie zaskoczyła i ogromnie mi się spodobała! Ciekawy pomysł i wykonanie :D Recenzja. Ostatnia książka to Royal. Królestwo ze szkła Valentiny Fast. Ta historia zupełnie mi się nie podobała, bohaterka mnie irytowała, a sama fabuła zupełnie mnie nie wciągnęła. Nawet nie miałam siły, by napisać jej recenzję, ale już się zmotywowałam, więc za kilka będziecie mogli przeczytać, co dokładnie sądzę o tej książce. 

Mówiłam już Wam na początku tego podsumowania, że wciągnęłam się w oglądanie seriali. Myślę, że moją opinię o nich również będziecie mogli niedługo przeczytać. W marcu skończyłam i oglądałam bieżące odcinki Riverdale oraz obejrzałam 2 i 3 sezon Breaking Bad. Jak widzicie wcale nie było tego mało :D Riverdale kocham całym serduszkiem, natomiast Breaking Bad to dużo bardziej poważny serial, ale tak samo wciągający i ma bardzo ciekawą tematykę. 



W kwietniu, który już się w sumie zaczął mam bardzo dużo wolnego. Teraz mam dwa dni ze względu na strajki nauczycieli. Dzisiaj jest ostatni dzień, kiedy będę sobie jeszcze coś tam przypominać i robić różne zadania, natomiast jutro zamierzam wypocząć, by mieć siłę na same egzaminy. Trzymajcie za mnie kciuki, bo szczęście na pewno się przyda! Potem są egzaminy ósmoklasistów, więc mam trzy dni na czytanie, blogowanie i oglądanie seriali..., a potem już święta! Dlatego mam nadzieję, że kwiecień będzie owocny w przeczytane powieści i posty, a także myślę, że niedługo odwiedzę Wasze blogi ;)

A jakie książki planuję? Alyssę i czary oraz Alyssę i obłęd, bo słyszałam naprawdę dobre opinie, drugą część serii o Morrigan Crow, której nie mogę się doczekać oraz oczywiście Królestwo popiołów, czyli wyczekiwaną przeze mnie kontynuację Szklanego tronu! <3 

A jak Wam minął marzec? :D 



piątek, marca 22, 2019

Zbrodnia i Karaś - Aleksandra Rumin

Zbrodnia i Karaś - Aleksandra Rumin
Myślałam, że ta książka to będzie taki lekki i przyjemny kryminał. Spodziewałam się śledztwa, tajemnicy, detektywistycznych zagadek i szukania mordercy, choć przedstawione w zabawny sposób. Byłam bardzo ciekawa tej książki! Dostałam jednak coś zupełnie innego, niż oczekiwałam...




Tytuł: Zbrodnia i Karaś
Autor: Aleksandra Rumin
Tłumaczenie: -
Seria: -
Wydawnictwo: Initium
Liczba stron: 300
Przeczytam tyle ile mam wzrostu: 2 cm


Na terenie Uniwersytetu Kardynała Stefana Wyszyńskiego dochodzi do morderstwa. Dwie sprzątaczki znajdują w łazience ciało profesora Ernesta Karasia. W czasie tego wydarzenia na terenie kampusu uniwersyteckiego przebywało tylko 10 osób. Jedna z nich prawdopodobnie zabiła profesora, ale okazuje się, że był on nielubiany i znienawidzony przez wszystkich. Policja jednak uznaje śmierć Karasia za nieszczęśliwy wypadek, co z ulgą przyjmuje do wiadomości cała dziewiątka podejrzanych. Tylko morderca zastanawia się, czy aby nie poszło zbyt łatwo...


Zbrodnia i Karaś okazała się być tak naprawdę opowieścią o życiu ludzi, zamieszanych w całą sprawę z Karasiem. Pierwsza połowa książki opisuje losy bohaterów w 2006 roku, kiedy dochodzi do morderstwa. Potem mamy ich historie 12 lat później, czyli w roku 2018. Widzimy jak wydarzenia z przeszłości wpłynęły na ich postępowanie, jak zmieniło się ich życie. Sama fabuła bardzo mnie wciągnęła. Co prawda, jak już wspominałam, nie jest to trzymający w napięciu kryminał, ale ciekawie i nieco satyrycznie przedstawione zwykłe życie. Najlepsze jest to, że do samego końca nie wiemy kto zabił profesora. Autorka przez całą książkę mówi o nim po prostu "morderca". I muszę Wam przyznać, że nie udało mi się zgadnąć! Opowieść jest naprawdę bardzo interesująca i wciągająca, co potwierdza fakt, iż przeczytałam ją w jeden dzień.

Chciałabym jeszcze powiedzieć trochę o miejscu akcji, a mianowicie o Bielanach oraz samym Uniwersytecie. Aleksandra Rumin tworzy naprawdę wspaniałą atmosferę tej dzielnicy Warszawy. Czułam się jakbym naprawdę była tam razem z bohaterami. Świetne jest też przedstawienie samego UKSW, który autorka nazywa Uksfordem, a studenci tej uczelni to zwykli nieudacznicy, którym po prostu nie udało się dostać gdzieś wyżej... Stary, rozwalający się budynek, profesorowie, studenci i Bielany sprawiały, że książka ma w sobie ten klimat, ma w sobie "to coś". 


W powieści występuje naprawdę cała masa bohaterów. Każdy rozdział mówi o jednym z nich, o jego przemyśleniach i wydarzeniach z jego udziałem. Najbardziej polubiłam cudowną panią sprzątaczkę, Jadwigę. Genialna, ciepła i wyluzowana kobieta! Ciekawą postacią był też sam Karaś - mimo, że nieżywy, to nadal świetnie wykreowany. Pokochałam też Stefana, aczkolwiek jego imię może mylić, bo jest to po prostu kot. Ale możemy też śledzić to co dzieje się w jego głowie, co naprawdę mi się podobało. Nie będę opisywać tutaj wszystkich bohaterów, bo pewnie wcale nie interesuje Was kogo bardziej polubiłam, a kogo mniej, jak nawet niewiele Wam mówią ich imiona, ale uwierzcie mi na słowo - kreacja postaci jest znakomita. Każdy ma inny charakter, inną życiową historię, inny sposób bycia i o wszystkich czyta się naprawdę z wielkim zainteresowaniem. 

Trzeba jeszcze przyznać, że styl Aleksandry Rumin jest co najmniej genialny. Autorka naprawdę umie pisać, wie, jak to robić by zaciekawić czytelnika. Poznawanie tej książki to jest także dobra zabawa, mamy tutaj sporo humoru, ironii i takiego satyrycznego przedstawiania rzeczywistości. Pani Rumin ma duży zasób słownictwa i bawi się językiem. Momentami jej styl kojarzył mi się z Martą Kisiel, ale i tak jest to coś innego i oryginalnego. 

Zdecydowanie polecam tę książkę! Jeśli chcecie poznać ciekawie zbudowaną historię, dobrze się pobawić i spędzić miły wieczór z intrygującą powieścią to Zbrodnia i Karaś będzie idealna. I przede wszystkim ciekawi samo zakończenie - kto okaże się mordercą?! :D

Ocena: 9/10


Copyright © 2016 Zaczytana w Fantastyce i nie tylko... , Blogger